Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
06   LIPCA   2020 r.
Św. Marii Goretti, męczennicy
Bł. Marii Teresy Ledóchowskiej
Św. Marii Goretti, męczennicy
Bł. Marii Teresy Ledóchowskiej
Imieniny obchodzą:
Dominika, Łucja, Teresa
 
Polonia Christiana nr 53       NASZE DZIEDZICTWO

Jacek Kowalski: Dlaczego Francuzi nie są polonofilami?

Jacek Kowalski: Dlaczego Francuzi nie są polonofilami?

Polska i Francja lubią się ostentacyjnie, a poważają jednostronnie. Pokolenia Polaków czciły francuski język i sztukę, za to francuska wiedza o nas ogranicza się zwykle do kilku stereotypów, wedle których Polska to mroźny kraj rosyjskojęzycznych (tak, tak!) rusofobów ubranych w rubaszki i popijających wódką bliny. Dlaczego?

 

19 czerwca 1573 roku salwa z dział oznajmiła Francuzom wieść, że książę Henri de Valois (po naszemu: Henryk Walezy) obrany został królem wschodniego mocarstwa. Równo dwa miesiące potem, 19 sierpnia 1573 roku około trzeciej po południu, trzystu jeźdźców oraz pół setki poszóstnych i poczwórnych powozów faits à la polonaise wjechało bramą Świętego Marcina do stolicy Francji, aby przypieczętować wybór dokonany na elekcji. Historyk tamtej doby, Jean‑Auguste de Thou pozostawił opis tej wspaniałej intrady:

 

Całe miasto wyległo oglądać ów spektakl. Nikogo nie zdołały powstrzymać ani wiek sędziwy, ani płeć słaba, ani słabe zdrowie. Okna na trasie przejazdu zapełniły się do reszty, dachy tak zaś były obciążone gapiami, iż wydawało się, że runą pod ich ciężarem. Tłum zatarasował ulice do tego stopnia, że zdumionym gościom pozostawał ledwie wąski przejazd. Paryżanie zaś ze wzajemnym podziwem spoglądali na onych mężów wspaniałej postury, na ich szlachetną dumę i niezwykłą powagę, na ich wspaniałe długie brody, czapki zdobne kosztownym futrem i szlachetnymi kamieniami, szable i cholewy odziane stalą, kołczany i łuki, podgolone z tyłu głowy i podkute buty. Wszakże nie było pośród nich ani jednego, który nie władałby łaciną; wielu też mówiło po włosku, nadto niektórzy mówili też naszym językiem i to tak czysto, że można ich było wziąć za mężów wychowanych raczej nad brzegami Sekwany i Loary niż mieszkańców krain, które omywa Wisła i Dniepr. Wszystko to ku wstydowi naszych dworaków, którzy nie tylko, że nic nie umieją, ale nadto są jeszcze nieprzyjaciółmi wszelkiej nauki; pytani bowiem o cokolwiek przez tych gości, odpowiadali na migi albo się tylko rumienili.

 

Kraj śniegów i niedźwiedzi

Czyż można sobie wyobrazić większe połaskotanie naszego narodowego wizerunku? Niestety, jak wiemy, ciąg dalszy okazał się mniej udany. Wewnętrzne spory polskiej delegacji oraz konieczność zaprzysiężenia przez króla‑elekta sarmackich praw (po twardym oświadczeniu Jana Zborowskiego: Si non iurabis, non regnabis – jeśli nie przysięgniesz, nie będziesz panował) dały francuskiej elicie do zrozumienia, że polski tron to kajdany dla ich księcia, okraszone pozorami monarszej władzy. Spisy dworzan wyruszających z Henrykiem ku Rzeczypospolitej miały postać nieomal nekrologów, jakby podejmowali oni jakąś niebezpieczną wyprawę na krańce świata. W istocie nie wynieśli z Polski dobrych wspomnień. Granice przekroczyli wśród niedoświadczanych dotąd chłodów – jak podsumował polski (choć niemieckiej krwi) dziejopis i świadek historii, Reinhold Heidenstein: Mrozy im dalej Francji, a bliżej Polski coraz tęższe, miasta na granicy małe i liche, i wiele innych niewygód, trapiły niezmiernie króla i Francuzów. Przyszła zima; nie wszyscy przybysze znaleźli w Krakowie ciepłą izbę, wielu zamarzło (mowa o tych, którzy pojechali na własne ryzyko, a nie w majestacie oficjalnego orszaku). Homoseksualny władca lubiący dziwne, nielicujące z sarmacką powagą, rozrywki, nie mógł pogodzić się też z brakiem luksusu. Wawel okazał się dlań za mały i za skromny, dwory przeciętnej szlachty podobniejsze do chałup.

 

Kiedy więc nadeszła wieść, że jego brat, król Francji Karol, umarł – Walezy nie zastanawiał się i chyłkiem uszedł do siebie, nabawiając Rzecząpospolitą międzynarodowego wstydu. Cóż, przepisowe pytanie sejmu o zgodę musiałoby skutkować opóźnieniem, a opóźnienie – utratą francuskiej korony. Owszem, deklarował, że powróci, detronizacji swojej nie uznał, nie rozstał się z Orłem, Pogonią, ciepłą polską czapką i nieznanym sobie wcześniej widelcem. Tak naprawdę jednak powrócić nie zamierzał.

 

Powszechnie znany wiersz jego sekretarza, Filipa Desportesa nie pozostawia co do tego złudzeń. Poeta ów żegnając się z krainą wiecznych lodów, wiecznej zimy, obraża Polaków:

 

O, barbarzyński narodzie swarliwy,

Próżny, chełpliwy, gadatliwy, chciwy,

Co płoniesz dzień i noc jednym pragnieniem:

W mdłej chałupinie kufel puszczać kołem,

Chrapać na stole lub drzemać pod stołem

I za to słynąć pod Marsa imieniem!

Nie waszych kopij wydrążonych stada,

Nie wilcze skóry, zbrojna maskarada,

Co się ze skrzydły i pióry obnasza,

Ani też widok waszych tłustych dłoni

Ojczyzny waszej przed wrogami broni:

Odstręcza wrogów waszych – nędza wasza.

 

Kraina wiecznych lodów, wiecznej zimy. Ten stereotyp utrwalił się we Francji i trwa do dziś. Iluż moich francuskich znajomych wędrując ku nam we wrześniu zabierało puchowe kurtki! Iluż innych żywi ciche przeświadczenie, że u nas niedźwiedzie chodzą po ulicach!

 

Jednak mocarstwo Północy

Ale nic to. „Mroźny” stereotyp nie był jednoznacznie negatywny. „Zimowy” wiersz Desportesa nie przywiódł Francuzów do lekceważenia Polski. Przeciwnie. Paryż zachwycał się niejednym jeszcze sarmackim poselstwem, które rysowano i oklaskiwano. Hugonotów fascynowała polska tolerancja, w poezji wybrzmiewała fascynacja mocarstwem Północy – o, właśnie jak w grandilokwentnym wierszu kawalera de Saint‑Amant, który pragnął zrobić karierę na dworze Władysława IV i jego francuskiej małżonki Ludwiki Marii Gonzagi:

 

Jeżeli jednak – jak marzyć mam w mocy,

Fortuna moja pomknie ku Północy,

Jeżeli, jak chcą Niebiosów zamysły,

Oczyma memi ujrzę brzegi Wisły –

Klnę się, chcę zostać szlachetnym Sarmatą,

Przyoblec szatę blaskami bogatą,

Której dukt fałdów długi, powłóczysty

Osobie mojej da szlif uroczysty;

Szablę zamierzam kosztowną przypasać

I na Arabie wyżej inszych hasać,

Miast kapelusza zaś czapą futrzaną

Czaszkę grzać, ogoloną jak kolano;

We wszystkim polską naśladować modę,

Aż od ich butów cierpieć niewygodę,

Aż na bankietach być, gdzie piją tyle,

Że mnie i dziwi to, i kusi mile;

Jużem do tego też całkiem gotowy,

Ażebym polskiej się wyuczył mowy

I wyrażając się wzniosłemi rymy

Przydał jej szarmu i wielkiej estymy;

Ażebym wreszcie, na dworze wielmożnej

Królowej naszej, potężnej i możnej

(Wszakcie‑m ja dla niej na tym świecie postał!)

Ze Saint‑Amanta – Sętamanckim został.

 

Francuska dyplomacja przez kolejne stulecia wciąż angażowała się – z lepszym lub gorszym skutkiem – w polskie wolne elekcje (nieskuteczne kandydatury Wielkiego Kondeusza i księcia Conti, skuteczne króla Jana III i Stanisława Leszczyńskiego), aż wreszcie król Francji udzielił praktycznego wsparcia konfederatom barskim; potem przyszedł Napoleon. W drugorzędnych, lecz za to bardzo popularnych romansach, robili karierę piękni Polacy i piękne Polki.

 

Ale cóż stąd, skoro finalny efekt nie jest zachwycający. Tu wymowny przykład. Kilka lat temu wybrałem się do francuskiej Wandei, do historycznego parku Puy‑du‑Fou, który co roku ściąga jakieś półtora miliona spektatorów. Wydźwięk gigantycznych spektakli jest prawicowy i katolicki, ale obliczony na skaptowanie przeciętnego, lewicowo‑świeckiego Francuza, więc wykorzystujący żywotne stereotypy. W ogromnej sali teatralnej ze sceną szeroką na pięćdziesiąt metrów ujrzeliśmy przedstawienie gatunku płaszcza i szpady rodem z Trzech muszkieterów. Wartką akcję przerwała kawalkada jeźdźców z całego świata, przybywających złożyć uszanowanie królowi Francji. Patrzę i oczom nie wierzę: wjeżdżają Sarmaci w kontuszach, deliach, polskich czapkach i przy szabli! Już chciałem wiwatować, gdy narrator przedstawił widzom poselstwo wolnych Kozaków z Ukrainy, którzy za chwilę przemówili po rosyjsku i zeskoczywszy z koni, poszli w prysiudy.

 

Co się stało? Rzecz aż nadto prosta. Do XVIII wieku Rzeczpospolita potrafiła przekonać Europę, że jest jej mroźnym wprawdzie, ale jednak cywilizowanym przedmurzem, a Moskwicinowie to zaledwie z imienia chrześcijanie, w istocie zaś są nad wszelakie zdziczałe narody obrzydliwsi (mowa Ossolińskiego przed papieżem Urbanem VIII). Kiedy nasza mocarstwowość zgasła, miejsce Rzeczypospolitej w wyobraźni Europy zajęła Rosja Piotra I oraz jego następców, tak jak w Polsce miejsce kontusza i podgolonego łba wzięły peruka i frak – na tle Europy nic oryginalnego.

 

Dziś paryżanie nawet mazura tańczą na moskiewską modłę i na serio myślą, że w Warszawie mówi się po rosyjsku. Konserwatysta znad Sekwany tęskni zaś za sojuszem Republiki z demokratyczną i chrześcijańską Rosją Putina (nie kpię, sam słyszałem). Nam pozostaje stereotyp wiecznych śniegów lub brak jakiegokolwiek, ewentualnie hasło biedna Polska, czyli wizerunek kraju wiecznych nieszczęść, który nie może stanąć na własnych nogach.

 

Wniosek…

…jest banalny. Porywający wizerunek Rzeczypospolitej trwał w oczach Francji i Europy, dopóki byliśmy mocarstwem. Potem przestano go dostrzegać, a po części przykleił się do Rosji. To wina naszej słabości cywilizacyjnej i militarnej, która wciąż nie pozwala przekonująco unieść i przekazać innym naszego dziedzictwa – tego, co w nim ciekawe. Ale nie piszę tego z rezygnacją. Wszystko przed nami. Byle porzucić cierpiętnicze hasło „biednej Polski” i nie małpować, lecz być sobą. A polonofobom widelec w oko.

 

[tłumaczenie kroniki Heidensteina – Michał Gliszczyński, mowy Ossolińskiego – Jan Cynerski Rachtamowicz, pozostałe przekłady – J.K.]

 

Jacek Kowalski

 

ARTYKUŁ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 53.NUEMRZE MAGAZYNU POLONIA CHRISTIANA

 

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie