Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
18   WRZEŚNIA   2019 r.
Św. Stanisława Kostki
Św. Józefa z Kupertynu
Św. Stanisława Kostki
Św. Józefa z Kupertynu
Imieniny obchodzą:
Stanisław, Irena, Stefania, Józef
 
Polonia Christiana nr 51       TEMAT NUMERU: Czy jesteś gotowy?
Piotr Doerre

Dlaczego straszą nas apokalipsą?

Dlaczego straszą nas apokalipsą?

Gdzie są wizje przyszłości z czasów naszej młodości? Gdzie loty międzygwiezdne i eksploracja niezbadanych połaci kosmosu? Gdzie nowe, szczęśliwe społeczeństwa bez chorób, żyjące w cudownych podniebnych miastach? Odeszły wraz z wiarą w postęp i lepsze jutro. Współczesna kultura nie daje nam jasnej odpowiedzi co do kształtu przyszłego świata. Jednak to, co odsłania przed naszymi oczami, może przerazić.

 

Chyba najsmutniejszą wizję jutra znajdujemy w powieści Droga, jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy współczesnych – Cormaca McCarthy’ego. Oto wychudzony, chory mężczyzna przemierza ciemny, zimny świat wraz z dzieckiem – przedwcześnie wydoroślałym chłopcem. Ich oczami oglądamy świat po wielkiej katastrofie, która sprawiła, że ludzie zaczęli się nawzajem zjadać. Ale nie wszyscy. Tacy, jak bohater tej opowieści, próbują ocalić swe człowieczeństwo. I życie najbliższych. Choć czasem wymaga to trudnych wyborów. I bezwzględności.


Inna wizja to Metro 2033 Dmitrija Głuchowskiego – Rosjanina mieszkającego na emigracji. Wojnę nuklearną przeżyła tylko niewielka część mieszkańców Moskwy – ci, którzy na czas schronili się pod ziemią w rozległych, ciągnących się kilometrami tunelach moskiewskiego metra. Żyją tam odcięci od świata i podzieleni na dziesiątki minipaństewek, walcząc zarówno między sobą, jak i z potworami, w jakie zamieniły się zmutowane pod wpływem promieniowania radioaktywnego zwierzęta. Obiegową walutą jest nabój do kałasznikowa, a obrońców podziemnych korytarzy trzyma przy życiu nadzieja, że nie są jedynymi, którzy przetrwali, choć od czasu, gdy zamilkły radiostacje, z nikim nie udaje się nawiązać kontaktu…

 

Od inwazji do kosmicznej katastrofy

Przyjrzyjmy się też kilku, wybranym spośród wielu bardzo podobnych, produkcjom współczesnego kina, o którym Lenin wszak powiedział, że jest najważniejszą ze sztuk. Dlaczego - z punktu widzenia rewolucjonisty – najważniejszą? Bo najsilniej oddziałującą na ludzką wyobraźnię i – co za tym idzie – dającą największe pole do popisu propagandystom. Choć w ciągu niemal stulecia, które minęło od czasu rewolucji w Rosji w sztukach audiowizualnych wiele się zmieniło, słowa herszta bolszewików nadal wydają się aktualne.

 

Dzień niepodległości, Inwazja: bitwa o Los Angeles, Na skraju jutra – to tylko niektóre z całej serii filmów nawiązujących do klasycznej Wojny światów Herberta George’a Wellsa, w których ludzkość zmuszona jest stawać w obronie Ziemi zagrożonej atakiem z kosmosu. Choć oglądamy tu spustoszenie wielkich połaci naszej planety, ludzkość w większości wypadków wychodzi z tych zmagań obronną ręką. Gorzej, gdy Ziemi, a z nią całej ludzkiej rasie, grozi kosmiczny kataklizm – raz radzi ona sobie z nim lepiej, jak w Armageddonie Michaela Baya, a raz gorzej, jak w Dniu Zagłady Mimi Leder czy 2012 Rolanda Emmericha.


W Interstellar Christophera Nolana ludzkości nie grozi co prawda żadna kosmiczna katastrofa, ale wymiera ona na starzejącej się Ziemi, która stopniowo przestaje być przyjemnym miejscem do życia. Gdyby nie pomoc udzielona przez stojącą wyżej od ziemskiej cywilizację, ludzkość nie miałaby żadnych szans. Odczytywane jako manifest radykalnego ekologizmu Zdarzenie M. Night Shyamalana idzie jeszcze dalej. Ludzi, stanowiących zagrożenie dla planety, masowo mordują… rośliny, wydzielając gazy likwidujące ludzki instynkt samozachowawczy. Nagle rozpętana epidemia samobójstw niemal niszczy całą współczesną cywilizację, zostaje co prawda zatrzymana, ale… nigdy nie wiadomo, czy nie rozpocznie się na nowo.


Bohaterami Niepamięci Josepha Kosinskiego są ludzkie klony pracujące w dwuosobowych zespołach dla najeźdźców z kosmosu po wytrzebieniu niemal całej ludzkości, której wynędzniałe resztki ukrywają się w podziemiach zniszczonej Błękitnej Planety. Jeszcze gorszy los przeznaczyli ludziom autorzy scenariusza filmowej trylogii Matrix. W świecie opanowanym przez maszyny, które wygrały wojnę przeciw ludzkości, nieszczęsne dwunogie istoty pełnią rolę… baterii, uprawianych niczym rośliny na ciągnących się setkami kilometrów plantacjach energii. Wizja ludzkości zepchniętej na margines egzystencji przez obdarzone inteligencją maszyny często gości na srebrnym ekranie, nikt jednak nie potrafił jej zagnieździć w zbiorowej świadomości tak doskonale jak James Cameron ze swoim Terminatorem, który doczekał się już kilku sequeli, prequeli i serialu.

 

Wyludniona Ziemia

Z kolei w Jestem legendą Francisa Lawrence’a koniec cywilizacji przyniósł… rozwój medycyny. Cudowny lek, który leczyć miał raka, okazał się wirusem zabijającym większość zakażonych, a pozostałych zamieniał w krwiożercze potwory. Choć film nie okazał się arcydziełem, jego widzowie mogli oglądać przejmujące obrazy wyludnionego Nowego Jorku, stopniowo obejmowanego w posiadanie przez florę i faunę.


Warto przy tym wspomnieć, że coraz większą popularnością cieszą się programy telewizyjne i filmy „dokumentalne” poświęcone dociekaniom, jak zmieni się ziemia po zniknięciu człowieka z jej powierzchni. Szczególne wrażenie wywierają komputerowe symulacje przedstawiające największe miasta świata stopniowo porastane przez bujną roślinność i budynki o znanych, charakterystycznych sylwetach, jak na przykład londyński Tower Bridge lub bazylika Świętego Piotra na Watykanie, które murszeją i walą się w pył.


Skoro już mowa o telewizji – widzowie kanałów rozrywkowych i dokumentalnych wprost zasypywani są programami powtarzającymi jak mantrę tezę o zbliżających się globalnych zagrożeniach: ekologicznym, klimatycznym, tektonicznym czy epidemiologicznym. Co ciekawe, stosunkowo mało mówi się o groźbie wojny atomowej, którą straszono przez niemal całą drugą połowę XX wieku społeczeństwa po obydwu stronach żelaznej kurtyny. Prawdziwą furorę robi natomiast temat inwazji zombie, czyli agresywnych chodzących ludzkich zwłok – jakkolwiek tandetnie to brzmi. Temat ten, wprowadzony niegdyś do kinematografii przez twórcę horrorów klasy B – George’a A. Romero, należy do najbardziej kasowych. Produkcje takie jak: Dzień żywych trupów, Świt żywych trupów, Horda, 28 dni później, Resident evil, World War Z albo seriale The Walking Dead czy iZombie gromadzą przed ekranami miliony widzów.

 

Postapo

Jednakże nie tylko książka, film i programy telewizyjne kształtują wyobraźnię współczesnego człowieka. Generacje współczesnej, zwłaszcza męskiej młodzieży w istotnej mierze formuje świat gier komputerowych, szczególnie od czasu, gdy mogą się one pochwalić bardzo realistyczną grafiką wykorzystującą wysoką rozdzielczość urządzeń i rozbudowanymi fabularnymi scenariuszami. Istnieje cała gałąź gier zwana postapo – jako że ich scenariusze rozgrywają się w rzeczywistości „postapokaliptycznej”. 


Prawdziwa klasyka postapo to niezwykle popularna seria gier Fallout, w której gracz wciela się w jednego z niedobitków po „nuklearnej apokalipsie” walczących między sobą o przetrwanie. Inna gra, Wasteland przenosi graczy do ponurej rzeczywistości Stanów Zjednoczonych w 2087 roku, po III wojnie światowej. Nielicznym, którzy ją przetrwali, nie jest łatwo przeżyć w nieprzyjaznym środowisku pełnym krwiożerczych, zmutowanych zwierząt. Akcja Tokyo Jungle dzieje się w jednym z największych miast świata, ale zamieszkanym jedynie przez zwierzęta. Z kolei S.T.A.L.K.E.R.: Cień Czarnobyla rozgrywa się w Zonie, w której po skażeniu w 1986 roku zaczęły przychodzić na świat straszliwe mutanty. Podobnie jest z Metrem 2033 opartym na wspomnianej już powieści Glukchovskiego, pozwalającym graczom wcielić się w odważnego i bezwzględnego stalkera (eksploratora świata postapokaliptycznego), który zarówno w podziemiach moskiewskiego metra, jak i na powierzchni walczy z potworami i ludźmi. Takie gry, jak Day-Z czy The Walking Dead przedstawiają natomiast świat po inwazji zombie czy epidemii wirusa, przemieniającego ludzi w „chodzące trupy”. W The Last of Us bohaterowie nie walczą co prawda z zombie, ale muszą unikać ludzi zainfekowanych przez grzyba, który przemienia ich w bezmózgie stworzenia.

 

Ku rozpaczy

Sztuka od zawsze stanowi narzędzie w ręku władzy, a cóż dopiero sztuka masowa w czasach, gdy zabrakło koronowanych głów, suwerenność zaś rozmyła się w demokratycznym ogóle – wierniej jeszcze służy możnym tego świata i schlebiając gustom tłumu równocześnie je kształtuje.


Widzimy więc, że z jednej strony dzisiejsza powieść, kino i telewizja wyrażają powszechne przekonanie współczesnego człowieka, że cywilizacja, w której żyjemy, musi upaść. Osoby wykształcone zdają sobie sprawę, iż rozmaite cywilizacje w dziejach ulegały rozkładowi, a nawet niemal całkowitemu zapomnieniu. Ale czy może to spotkać naszą cywilizację? Dla chrześcijan nie jest to żadne novum – spodziewamy się wszak, zgodnie ze słowami Apokalipsy, że powtórne przyjście Chrystusa poprzedzić muszą wielkie znaki na ziemi i plagi, jakie spadną na ludzkość. Szerzenie się ateizmu w świecie zachodnim, popularność wszelkich możliwych herezji i dewiacji, nie tylko intelektualnych, pojawiająca się tu i ówdzie otwarta afirmacja zła, wręcz kult szatana – wszystko to sprawia, że współcześni chrześcijanie skłonni są podejrzewać, iż żyją w czasach ostatecznych. Nasilanie się takiego przekonania może działać na korzyść religii, skłania bowiem do refleksji nad celem życia człowieka i nawrócenia.


Ale co z nieszczęśnikami, którzy nie wierzą w Tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem? Tych straszy się apokalipsą albo przynajmniej końcem świata jaki znają, na próżno. Ich udziałem, wobec braku nadziei na życie po śmierci, może stać się wyłącznie rozpacz. I tu – jak się wydaje – docieramy do odpowiedzi na postawione na wstępie pytanie.

 

I nastała ciemność

Z chwilą bankructwa komunizmu w jego sowieckiej wersji skończyła się era nowoczesności wraz z charakterystyczną dla niej wiarą w postęp, scjentystyczną pewnością siebie i wszechogarniającą afirmacją materialistycznego ateizmu. Nadeszła też śmierć nowożytnych utopii – wizji idealnego społeczeństwa. Czym charakteryzowali się twórcy znakomitej ich większości, prócz bogatej fantazji i konstruktywistycznego zacięcia? Futurystycznym optymizmem. Przyszłość jawiła im się jak wielki, rozświetlony światłem jutrzenki ocean, którego wody gościnnie witają okręt ludzkości, odsłaniając przed nim coraz szersze horyzonty, w miarę jak ten posuwa się naprzód, dziobem prując fale stuleci. Przyszłość niosła postęp i rozwój, więcej sprawiedliwości, więcej wolności, więcej dóbr. Paradoksalnie, ta nabożna, posiadająca coraz więcej cech religii wiara w przyszłość była tym silniejsza, im bardziej postępowała emancypacja „oświeconych” i racjonalnych elit od nakazującego sceptycyzm wobec osiągnięć ludzkiego rozumu światopoglądu religijnego.


Na tym optymizmie oświeconych elit – wraz z demokratyzacją sfery polityczno‑społecznej – udzielającym się również masom, oparły się totalitarne ideologie, które zawładnęły XX wiekiem. Sprawowana przez nie kontrola nad społeczeństwami opierała się na umiejętnym zarządzaniu z jednej strony nienawiścią – do wrogów postępu, do zbędnych klas czy narodów stojących na drodze Rewolucji – z drugiej zaś nadzieją na Nowy Lepszy Świat: czas dobrostanu nowych ludzi ukształtowanych przez rewolucyjne przemiany. Słowem – ideologie, które pragnęły zająć miejsce religii, podobnie jak one opierały się na wierze, dając nadzieję na szczęście – nie pozaziemskie jednak, ale jak najbardziej doczesne, jeszcze za życia. Kiedy jednak całkowicie zbankrutowały,  wiara w przyszłość runęła. I nastała ciemność.


Na placu boju pozostała jedynie krucha, demoliberalna utopia przyszłości w teraźniejszości. Utopia fukuyamowskiego końca historii spełnionej w postaci demokracji sytych, liberalnych społeczeństw Zachodu, która miała stać się udziałem całego globu. Koncepcja ta jednak została bardzo szybko sfalsyfikowana, gdy tylko w cztery strony świata poleciał pył z walących się dwóch wież – symbolu finansowej potęgi światowego imperium – oznajmiając temu światu, że historia, wbrew pogłoskom o jej śmierci, ma się świetnie.

 

Do wojny, towarzysze!

Wyznawcy wszechświatowej rewolucji, która zniszczyć ma do końca struktury, wspólnoty i obyczaje starego świata zbudowanego na fundamencie cywilizacji chrześcijańskiej, bynajmniej nie poddali się wraz z bankructwem marksistowskiego komunizmu. Na całym świecie obserwujemy rozmaite lewicowe eksperymenty, których wspólny mianownik stanowią próby wcielenia w życie nowych etapów rewolucyjnych ideologii. Na naszych oczach przeżywają jednak ogromne problemy zarówno ci rewolucjoniści, którzy przyjęli strategię marszu przez instytucje, przejmując projekt Unii Europejskiej i przekształcając ją w quasitotalitarne superpaństwo, jak i ci, którzy próbowali na drodze populistycznej dyktatury wcielać w życie neomarksistowskie zasady (jak choćby w Wenezueli, która w ciągu dekady z kwitnącego niegdyś zamożnego państwa zamieniła się w ojczyznę chaosu). Wygląda na to, że ewolucyjne sposoby działania w warunkach pokojowych zostały wyczerpane, więcej: na całym świecie pojawiają się symptomy odrodzenia tradycyjnego ładu.


Nic więc dziwnego, że postępowcy, którzy proces zniszczenia prawdziwej cywilizacji pragną doprowadzić do końca, stają się coraz bardziej nerwowi, nie tylko zapowiadając somalizację świata, ale też prąc do destabilizacji nawet tego porządku, który sami przecież stworzyli. Ostatecznie – rewolucja to ciągły ruch, ciągła zmiana, a nic w dotychczasowej historii nie generowało tak daleko idących zmian, jak wojny światowe, w tym również te, którym nie przyznano takiego miana. Czyż wszak nie w kontekście próby destabilizacji należy odczytywać choćby decyzję możnych tego świata o sprowadzeniu milionów muzułmańskich imigrantów do Europy?


Jak jednak porwać masy nową ideologią, skoro nie udało się stworzyć żadnej nowej utopii? Skoro nowy proletariat to rozmaitej maści dewianci, margines społeczny, feministki, antyreligijni fanatycy – słowem: motłoch walczący z własną naturą? Jak można oferować nową, świetlaną przyszłość ludziom, których interesuje tylko tu i teraz? Jak można żądać rewolucyjnych wyrzeczeń od tych, których poruszają wyłącznie emocje i żądze? A może dla takiej rewolucji nihilizmu uda się znaleźć nową formułę? Nienawiść? Tak, stara nienawiść zostanie – nic tak nie rozgrzewa umysłów rewolucjonistów od samego początku, od lucyferowego non serviam, jak nienawiść do Boga i jego stworzenia, do religii Chrystusowej i jej wyznawców. Wskazywanie wroga w postaci katolicyzmu i chrześcijańskich obyczajów to przecież sztuka, którą Rewolucja opanowała do perfekcji.


A co zamiast nadziei? Rozpacz. To ona skłoni akolitów Rewolucji do gwałtownych działań, a przynajmniej sprawi, że lud bez ociągania podporządkuje się architektom kolejnego Nowego Ładu. I to właśnie wygenerowaniu głębokich pokładów rozpaczy służyć może propagowanie przekonania, że przyszłość ludzkości to prymitywne życie na sposób zwierząt w postapokaliptycznym świecie lub wręcz całkowita Zagłada i ustąpienie miejsca innym gatunkom zdolnym do przetrwania na Ziemi. Apokaliptyczno‑katastroficzna ofensywa kontrolowanej przez lewicę kultury masowej to nic innego, jak tylko przygotowanie artyleryjskie przed kolejną rewolucyjną bitwą.


Co w odpowiedzi na to czynić powinni chrześcijanie? Przekonywać innych, że to tylko propaganda upadku, że nic złego się nie zdarzy? Ależ byłoby to działanie wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi, który podpowiada, iż słowa rozmaitych objawień zapowiadających karę dla ludzkości pogrążonej w grzechach, mogą się wypełnić w niedługim czasie. Co nam zatem pozostaje? To samo, co od dwóch tysięcy lat – być wiernym zaleceniu naszego Pana. Mieć biodra przepasane i zapalone pochodnie (Łk 12, 35).




Piotr Doerre

 

 


SKRÓCONA WERSJA TEKSTU UKAZAŁA SIĘ W 51. NUMERZE MAGAZYNU "POLONIA CHRISTIANA"









zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie