Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
29   PAŹDZIERNIKA   2020 r.
Św. Felicjana, męczennika
Bł. Michała Rui
Św. Felicjana, męczennika
Bł. Michała Rui
Imieniny obchodzą:
Felicjan, Euzebia, Serafin, Wioletta
 
Polonia Christiana nr 76       ŚWIAT

Grzegorz Górny: Katechon jest gdzie indziej

Grzegorz Górny: Katechon jest gdzie indziej

Czy Rosja pod rządami Władimira Putina jest dziś jednym z ostatnich bastionów prawdziwego chrześcijaństwa? Czy patriarchat moskiewski może być inspiratorem duchowego odrodzenia?

 

Tradycja podporządkowania rosyjskiej Cerkwi prawosławnej despotycznemu rządowi nie jest nowa i liczy sobie wiele stuleci. Liczni historycy upatrują początek tego procesu w okresie panowania Iwana Groźnego. Pierwszy car Rosji dokonał bowiem całkowitego zwasalizowania Kościoła wschodniego na podległym sobie terytorium. Do przełomowego zdarzenia doszło w roku 1568, gdy w całym państwie szalał krwawy terror rozpętany przez władcę i jego szwadrony śmierci zwane opryczniną.

 

Podczas Mszy w Soborze Uspienskim na Kremlu car poprosił metropolitę Moskwy Filipa o błogosławieństwo. Odpowiedzią było milczenie. Car ponawiał prośbę trzy razy i po trzykroć odpowiadała mu cisza. Wreszcie hierarcha powiedział:

– Panie i władco, oto my tu składamy ofiarę bezkrwawą, ale na zewnątrz tego sanktuarium leje się krew chrześcijan.

Po czym w długiej przemowie wypomniał władcy wszystkie jego zbrodnie i zakończył słowami:

– O pomstę wołają nawet kamienie leżące u twoich stóp!

Iwan powtarzał tylko:

– Zamilcz i pobłogosław mnie!

Metropolita odrzekł:

– Nie mogę tego uczynić, bo nie mogę być bardziej posłuszny twoim rozkazom niż przykazaniu Bożemu. Nasze milczenie obarcza grzechem twoją duszę i śmierć jej zadaje.

Dni Filipa były policzone. Car skazał go na dożywocie. Duchownemu pozwolono jeszcze odprawić ostatnią Mszę. Jednak podczas jej trwania do cerkwi wpadł oddział opryczniny. Metropolitę wywleczono sprzed ołtarza, przebrano w łachmany i urządzono widowisko. Był torturowany, a w końcu na rozkaz monarchy został uduszony przez sadystycznego siepacza Malutę Skuratowa, którego imię wzbudzało postrach w całym kraju.

 

Cerkiew propaństwowa

Ta konfrontacja między Iwanem Groźnym a metropolitą Filipem stała się głównym motywem filmu fabularnego z roku 2009, zatytułowanego Car. Obraz Pawła Łungina pomyślany był jako polemika z głośnym dziełem Siergieja Eisensteina Iwan Groźny z roku 1944. Ten ostatni film powstał na osobiste zamówienie Stalina, który chciał przedstawić siebie jako następcę i kontynuatora misji pierwszego cara, podporządkowującego sobie Cerkiew i kładącego podwaliny pod rosyjskie samodzierżawie z jego kultem jednostki. Sympatie Łungina sytuowały się jednak po innej stronie niż Eisensteina. Jak sam powiedział: Nigdy nie podjąłbym się filmu o samym tylko Groźnym. Robić kino pokazujące rozpad duszy to rzecz ciężka i mało interesująca. Chciałem, by powstał film o wierze, wzywającej do dobra i gotowej ponieść ofiarę.

 

Obraz Łungina dotyczy jednak nie tylko przeszłości. Jest także opowieścią o naturze i mechanizmach władzy w dzisiejszej Rosji, ponieważ – jak mówi reżyser – właśnie w okresie panowania Iwana Groźnego należy szukać źródeł wielu zjawisk obserwowanych we współczesnym życiu politycznym kraju. Dotyczy to zwłaszcza relacji między władzą duchową a świecką, która wygląda inaczej niż na Zachodzie, gdzie Kościołowi udało się obronić niezależność przed uzurpacją polityków. W efekcie zinstrumentalizowana przez państwo religia przestała w Rosji formować sumienia mieszkańców. Wymowa filmu Łungina współbrzmiała z oczekiwaniami części prawosławnych duchownych młodego pokolenia, którzy nie byli „umoczeni” we współpracę z komunistyczną bezpieką i mieli nadzieję, że Cerkiew wyswobodzi się w końcu z trwającej wciąż zależności od moskiewskich władz. Wyraz takiemu stanowisku dał choćby najbardziej opiniotwórczy i poczytny wówczas teolog rosyjski, diakon Andriej Kuriajew, na którego książkach wychowała się cała generacja kapłanów.

 

Pisał on: Przypadkowo czy nie, ukazanie się tego filmu zbiegło się w czasie z początkiem urzędowania nowego patriarchy. Czy nie godzi się patriarsze Cyrylowi zostać następcą nie tylko tronu świętego Filipa, lecz także jego krzyża? Czy ten film nie jest swego rodzaju duchowym testamentem od świętego Filipa dla patriarchy Cyryla?

 

Wiele środowisk prawosławnych nie podziela jednak nadziei diakona Kuriajewa. Film Łungina spotkał się z krytyką licznych organizacji religijnych i nacjonalistycznych. Związek Prawosławnych Chorążych i Związek Bractw  Prawosławnych zorganizowały nawet pikiety przed kinami, w których wyświetlano Cara. Protestujący nazwali dzieło sadystyczną karykaturą pierwszego cara Rosji i zarzucili Łunginowi, że opluwa historię Rosji.

 

Historyk Wiaczesław Maniagin opublikował list otwarty do ówczesnego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa z postulatem, by potraktować film jak produkcję pornograficzną i zabronić jego publicznych emisji. Głosy potępienia zabrzmiały też ze strony wielu innych historyków, między innymi Michaiła Babkina, który ostrzegł, że dzieło Łungina próbuje wbić klin między Cerkiew a państwo, podczas gdy obie te instytucje powinny stanowić jedność.

 

Wydaje się, że Babkin najtrafniej dostrzegł istotę filmu, choć wzbudziła ona jego niechęć. Spór między carem a metropolitą był bowiem sporem o wolność sumienia i niezależność Kościoła. W Rosji zwyciężyło państwo, które podporządkowało sobie Kościół. Film Pawła Łungina niczego jednak nie zmienił. Nowy patriarcha podreptał posłusznie ścieżką wydeptaną przez jego poprzedników: Sergiusza, Aleksego I, Pimena i Aleksego II, a diakon Andriej Kuriajew stał się cerkiewnym dysydentem

 

Patriarchat jak Gazprom i Łukoil

Proces, który zapoczątkował Iwan Groźny, nabrał przyspieszenia za panowania cara Piotra I, który po śmierci patriarchy moskiewskiego Adriana w roku 1700 nie dopuścił do wyboru jego następcy, lecz przez pewien czas utrzymywał stan prowizorium, by w roku 1718 rozwiązać instytucję patriarchatu. Zamiast niego powołał urząd państwowy o mylącej nazwie Świątobliwy Synod, na czele którego stanął carski urzędnik cywilny w randze oberprokuratora. Mianowani na to stanowisko wojskowi i biurokraci nie ukrywali swego lekceważenia dla rosyjskich biskupów. Generał Protasow po swej nominacji na oberprokuratora powiedział: Teraz jestem głównodowodzącym Cerkwi prawosławnej, patriarchą i diabli wiedzą kim.

 

Nawet Mongołowie w ciągu dwóch wieków swego panowania nad księstwem moskiewskim pozostawiali biskupom prawosławnym większą niezależność i swobodę niż później carowie. Żaden z chanów nie ośmielił się bowiem – tak jak Piotr I jako zwierzchnik Cerkwi – znieść tajemnicy spowiedzi i zobowiązać duchownych do jej ujawniania odpowiednim służbom.

 

Bolszewicy, przejmując władzę w Rosji, najpierw rozpętali krwawe, nieporównywalne z niczym w historii, prześladowania chrześcijan, a następnie udoskonalili przejęty po carach mechanizm panowania nad zdziesiątkowaną Cerkwią. Upadek komunizmu przyniósł, co prawda, pewną niezależność patriarchatu od państwa, jednak panowanie Władimira Putina pokazało, że ma ona swoje wyraźnie zakreślone granice. Obie instytucje powiązane są dziś gęstą siecią zależności, pogłębioną przez fakt, że zarówno w rządzie, jak i w Cerkwi największe wpływy mają dziś dawni ludzie KGB – w pierwszym przypadku oficerowie tych służb, a w drugim tajni agenci.

 

Jak mówi moskiewski religioznawca Aleksander Agadjanian, rosyjska Cerkiew prawosławna jako instytucja stała się wielką korporacją państwową, porównywalną z największymi potentatami, takimi jak Gazprom czy Łukoil, ze swoimi interesami politycznymi i gospodarczymi. Obie strony potrzebują siebie: władza chce, by prawosławie stało się podstawą ideologii państwowej, a patriarchat pragnie osłony i wsparcia finansowego oraz organizacyjnego przez państwo. W tym sensie oficjalna Cerkiew należy dziś do instrumentarium soft power w ramach Putinowskiego systemu władzy.

 

Chrześcijaństwo naskórkowe

Wielowiekowe dziedzictwo ustrojowe wywiera wpływ także na kształt dzisiejszego prawosławia w Rosji. Nigdy nie wykształciła się w nim na przykład nauka społeczna, analogiczna do tej, jaka powstała w katolicyzmie. Stanowi ona bowiem potencjalne źródło konfliktów między Kościołem a państwem. Ich spór może się ujawnić w momentach, gdy polityka władz sprzeciwia się wartościom uznawanym przez chrześcijan za nienegocjowalne. Do tego oczywiście rządzący w Rosji nie mogli dopuścić. Dopiero podczas synodu w roku 2000 po raz pierwszy opracowano dokument programowy prawosławnej nauki społecznej, jednak pozostaje on jedynie na papierze, nie mając realnego zastosowania w życiu publicznym.

 

Mieszkańcy Zachodu, którzy nie posiadają elementarnej wiedzy o historii Rosji, mają mylne wyobrażenie o sytuacji religijnej w tym kraju. Zwłaszcza w licznych środowiskach konserwatywnych panuje dziś przekonanie, jakoby państwo rządzone przez Putina było prawdziwym bastionem chrześcijaństwa, niemal ostatnią nadzieją białego człowieka na kuli ziemskiej. Dochodzi wręcz do tego, że niektórzy nazywają Władimira Władimirowicza nowym Cyrusem lub nawet biblijnym katechonem, czyli tym, który powstrzymuje nadejście Antychrysta. Jest to udana maskirowka, na którą dało się nabrać wielu, skądinąd przyzwoitych, naiwnych ludzi. Kreml bowiem równie chętnie wspiera prawicowe Zjednoczenie Narodowe we Francji, jak i lewackie partie Syriza w Grecji i Podemos w Hiszpanii. Nie zależy mu na zwycięstwie chrześcijaństwa, lecz na rozniecaniu permenentnych konfliktów wewnętrznych, osłabiających i rozsadzających Europę od środka.

 

Na odrodzenie religijne w Rosji nie wskazują też żadne fakty. Do cerkwi chodzi tam raz w miesiącu od dziesięciu do czternastu procent wiernych, a co niedzielę od dwóch do pięciu procent. Prezydent Putin przez dwie dekady nie zrobił dosłownie nic, by ograniczyć aborcję na życzenie, która jest istną plagą w tym kraju – choć wystarczyłby jeden jego podpis, by zmienić sytuację. Cerkiew jest wspomagana przez państwo, ponieważ stanowi jeden z filarów legitymizacji władzy. Elity polityczne, wywodzące się głównie ze służb specjalnych, traktują religię instrumentalnie, ograniczając się do oficjalnych deklaracji i symbolicznych gestów, jednak bez prawdziwego zrozumienia dla chrześcijańskiej wrażliwości. Katechon jest gdzie indziej.

 

Grzegorz Górny

 

 

Tekst został opublikowany w 76. numerze Polonia Christiana.

Aby go zamówić, kliknij TUTAJ.

 
zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie