Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
03   LIPCA   2020 r.
Św. Tomasza Apostoła
Św. Leona III, papieża
Św. Tomasza Apostoła
Św. Leona III, papieża
Pierwszy Piątek
Imieniny obchodzą:
Tomasz, Anatol, Jacek
 
Polonia Christiana nr 55       PRAWDA, DOBRO, PIĘKNO

Krystian Kratiuk: Perfidia Młodego papieża

Krystian Kratiuk: Perfidia Młodego papieża

W związku z pojawiającymi się doniesieniami o powrocie na telewizyjne ekrany „Młodego papieża” z Jude Law w roli głównej - do obsady serialu dołączy hollywoodzki gwiazdor John Malkovich - przypominamy artykuł Krystiana Kratiuka opublikowany w 55. numerze magazynu „Polonia Christiana”.

 

Rzadko zdarza się, by jakieś dzieło płynące z głównym nurtem artystycznego ścieku zachwyciło katolików. A już chyba nigdy nie zdarzyło się, by ciepło o takim wytworze ludzkiej wyobraźni wypowiadali się tradycjonaliści – nierzadko obdarzeni wszak szczególnym charyzmatem rozpoznawania mniej lub bardziej subtelnych drwin z Chrystusowego Kościoła. A jednak! Odbiór serialu Młody papież pozwala stwierdzić, że szatan z dnia na dzień działa coraz bardziej przewrotnie.

 

Czyż któremuś z katolickich konserwatystów nie marzy się papież, który przywróci Kościołowi wielkość? Papież, który znów przyzna, że to, co święte dla przeszłych pokoleń, musi być święte i dla współczesnych? Papież, który nie będzie wstydził się wyjątkowości urzędu sprawowanego przez następców Piotrowego Tronu?

 

A i owszem, marzy się nam taki papież. I to właśnie z powodu tych z gruntu dobrych, pobożnych marzeń bardzo licznie wpadliśmy w ostatnich miesiącach w sidła założone przez popkulturę. Wiemy przecież doskonale, że dzisiejszy świat serwuje nam głównie antychrześcijańską papkę. Mimo tego wielu z nas uznało, że serial przygotowywany przez jedną z najważniejszych ekspozytur obyczajowej rewolucji – amerykańską telewizję HBO – jest serialem kontrrewolucyjnym, konserwatywnym, pobożnym, antymodernistycznym i w ogóle „naszym”!

 

Któż bowiem nie zainteresował się pierwszymi udostępnionymi przez producentów migawkami z serialu? Kogóż nie zaintrygowała postać Jude’a Lawa w bajecznie pięknych szatach papieskich, od lat (z małą przerwą na pontyfikat Benedykta XVI) niewidzianych w bazylikach Watykanu? Kto nie wyczekiwał pierwszego odcinka serialu, w jednym ze zwiastunów ujrzawszy papieża z XXI wieku wnoszonego do Kaplicy Sykstyńskiej w lektyce czy usłyszawszy w innym, jak nakazuje on czym prędzej odkupić tiarę?

 

Mistrzowska manipulacja

Serial okazał się jednak perfidną grą na naszych uczuciach. Chcieliśmy widzieć – tak właśnie: chcieliśmy widzieć, a nie zobaczyliśmy – w filmowym Piusie XIII papieża‑konserwatystę, który przywróci Kościołowi godność, z której ten przez lata sam się odzierał. Chcieliśmy widzieć w Piusie XIII odbicie naszych marzeń: przewodnika stawiającego ponad kontakt z tłumami niezachwianą Naukę; ojca, który wzorem noszących to samo imię poprzedników nie będzie chodził na kompromisy ze światem. Chcieliśmy widzieć kapłana, dla którego sakramenty nie będą stanowić elementu duszpasterskiego show, ale kontakt z Bożą łaską; księcia, który powie wiernym, że wcale nie przeżywamy wiosny Kościoła i wcale nie jest z nami tak dobrze, jak myślimy. Chcieliśmy widzieć papieża, który dostrzegając upadek cywilizacji, powtórzy przesłanie z Fatimy: Pokuta, pokuta, pokuta!

I taki obraz otrzymaliśmy. Jednocześnie jednak – czego część z nas nie dostrzegła, część zbagatelizowała, a część nie przyjęła do wiadomości – zaserwowano nam kpinę z Kościoła, który kochamy. Artyści z Hollywood z włoskim reżyserem na czele (wszak żaden amerykański twórca nie zrozumie istoty Kościoła w takim stopniu jak mieszkaniec Italii) pokazali nam w postaci odgrywanej przez Jude’a Lawa zakochanego w sobie cynika, który równa się z Panem Jezusem. Dano nam hochsztaplera, któremu obce są zarówno cnoty kardynalne, jak i większość darów Ducha Świętego. Zaproponowano nam wyrafinowanego chama, który nie dość, że traktuje ludzką podmiotowość „z buta” (nie tylko w przenośni – czyż bowiem scena, w której kopniakiem zmusza jednego z kardynałów do ucałowania jego pantofla, nie jest tego najlepszym przykładem?), to jeszcze nie widzi niczego złego w łamaniu tajemnicy spowiedzi. A liczne jego wypowiedzi mogłyby wręcz sugerować, że nie wierzy w Boga…

 

A jednocześnie Paolo Sorrentino zaprezentował nam wizję Ojca Świętego, który – otoczony watykańskimi wilkami – jako jeden z nielicznych mieszkańców Watykanu stale się modli. Co więcej, dzięki jego modlitwom dokonują się cuda!

 

To już wyjątkowa, iście diabelska przewrotność amerykańskiego serialu. Wydaje się on bowiem stawiać przed nami wybór: albo Kościół w kształcie, który znamy dziś, pełen ludzi i pełen zachwytu nad osobą papieża, albo Kościół w formie proponowanej rzekomo przez konserwatystów – może i święty (bo przecież czyniący cuda), ale chamski, brutalny i odtrącony przez lud? A jeśli większość czegoś nie kocha, to czy jest nam to potrzebne?

 

To właśnie zdaje się nam mówić Młody papież. Sugeruje, że konserwatyści przywiązani do wszystkich swoich świętych nauk i pobożnych rytuałów może i mają rację. Może to, co proponują, jest piękniejsze, ba, może nawet prawdziwsze. Ale to przecież niedzisiejsze. Nie do pokochania przez dzisiejszego człowieka. A przez to skazane na wymarcie.

 

Taki jest prawdziwy przekaz serialu HBO, mimo dziesiątków zdjęć i cytatów z mniej lub bardziej ortodoksyjnych przemów fikcyjnego papieża Piusa, którymi dzielili się na portalach społecznościowych nie tylko dobroduszni gimbo‑tradycjonaliści, ale i starsi od nich, uformowani już katolicy. Zadziałała w nas najpewniej znana od dawna zasada oceniania książki po okładce, połączona ze zwykłym, choć zrozumiałym (bo wynikającym z narastającej frustracji) chciejstwem. Gorzej, jeśli już obejrzeliśmy serial i ulegliśmy iluzji.

 

Jaka z tego nauka?

Jaką więc naukę możemy wyciągnąć z Młodego papieża i jego recepcji?

Po pierwsze, zapamiętajmy, że żadnego dzieła popkultury, jeśli okazałoby się kontrrewolucyjne, nigdy nie pochwalą laickie media. A to właśnie przytrafiło się doskonale przygotowanemu pod względem filmowym dziełu Sorrentino.

 

Po wtóre, musimy przywyknąć do smutnej rzeczywistości, z której wynika, że w dzisiejszym kinie konserwatyści zawsze zostaną przedstawieni jako dziwacy, a nigdy jako prawdziwe autorytety. W najlepszym wypadku ich przywiązanie do świata tradycyjnych wartości uzasadni się tak, jak zrobili to twórcy z HBO czy wcześniej Woody Allen. Ten ostatni stworzył niegdyś bohatera, który został konserwatystą wskutek… guza mózgu. Autorzy Młodego papieża poszli tym właśnie tropem. Chcieli pokazać, że papieżem na wzór tych sprzed Soboru Watykańskiego II może w dzisiejszych czasach być wyłącznie ktoś głęboko poraniony i niemogący poradzić sobie z własną przeszłością – jak porzucony we wczesnej młodości przez rodziców‑hippisów Lenny Belardo.

 

I wreszcie miejmy świadomość, że wraz z wejściem do medialnego mainstreamu imienia „Pius XIII”, rozpoczął się nowy, niedający się jeszcze opisać etap antykatolickiej rewolucji. To jednocześnie dobra i zła wiadomość. Zła – bo wielu z nas tej zwodniczej iluzji uległo i wielu jeszcze będzie musiało stawić jej czoła. Dobra – bo okazało się, że choć przez całe lata starano się uczynić z nas element niedostrzegany w Kościele, zostaliśmy dostrzeżeni przez wrogów tegoż Kościoła. A przecież to właśnie z tymi, którzy mają rację, Szatan chce walczyć. Bo to oni pragną dla Kościoła czegoś naprawdę dobrego.

 

A taki element – zanim wypali się go żywym ogniem – trzeba najpierw starannie obśmiać.

 

Krystian Kratiuk

 

 

 

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie