Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
WTOREK 11 SIERPNIA
Św. Klary, dziewicy
Św. Zuzanny, męczennicy
Św. Klary, dziewicy
Św. Zuzanny, męczennicy
NMP Świętolipskiej
Imieniny obchodzą:
Klara, Zuzanna, Filomena
 

Na grób powstańczego sceptyka

Data publikacji: 2020-08-01 07:01
Data aktualizacji: 2020-08-01 17:53:00
OPINIE
fot. pixabay

Idea insurekcyjnego zrywu w Warszawie latem 1944 roku miała w kręgach patriotycznych rzeszę przeciwników. Kiedy jednak nastał czas walki, ludzie ci stanęli do szeregu.

 

Niegasnący spór

Wszyscy poczuwający się do polskości są zgodni co do tego, że należy oddać cześć powstańcom walczącym na barykadach stolicy. Natomiast decyzja o rozpoczęciu straceńczego boju nieodmiennie wywołuje spory.

Rok w rok rozemocjonowani rodacy odsądzają się nawzajem od czci i wiary, snują daleko idące wnioski, tworzą wciąż nowe teorie w ramach gatunku jeszcze niedawno lekceważąco określanego gdybaniem („co by było, gdyby…”), a dziś noszącego wyszukane miano historii alternatywnej. Niekiedy jednak można usłyszeć godny uwagi argument, że łatwo nam oceniać wydarzenia sprzed wielu dziesięcioleci, gdy posiadamy wiedzę niedostępną dla aktorów wydarzeń; kiedy znamy wszystkie uwarunkowania i wiemy, co stało się potem. Dlatego na spór o Powstanie warto spojrzeć oczami ówczesnych patriotów, tym bardziej, że owa polemika rozpoczęła się na długo przed Godziną „W”.

W dowództwie Armii Krajowej gorącymi zwolennikami insurekcji byli generałowie Leopold Okulicki i Tadeusz Pełczyński oraz pułkownik Antoni Chruściel. Po zaciętych sporach z opozycją zdołali oni przekonać do swej idei komendanta głównego AK, generała Tadeusza Komorowskiego. Owo gremium miało poparcie premiera rządu emigracyjnego, Stanisława Mikołajczyka, który samowolnie, bez konsultacji z resztą gabinetu i z Naczelnym Wodzem, upoważnił je do „ogłoszenia powstania w momencie przez Was wybranym”.

 

Ich argumentacja była prosta – niemieckie wojska zostały już rozgromione, nie będą stawiały powstańcom większego oporu. W razie jakichś kłopotów pospieszą z pomocą alianci zachodni oraz „sojusznik naszych sojuszników” – Sowieci.

 

Dziś wiemy, że teza o ówczesnym rozbiciu armii niemieckiej była grubo przedwczesna. Statystyki strat Wehrmachtu pokazują, że jeszcze w 1945 roku (od stycznia do początku maja) trzeba było zabić 1,3 mln żołnierzy Hitlera, aby ostatecznie rzucić III Rzeszę na kolana. Nadzieje na pomoc aliantów i Sowietów również okazały się płonne. Przesłanki na których opierali się inicjatorzy Powstania były więc błędne, nad czym można by przejść do porządku dziennego. Ostatecznie wielu wodzom i politykom zdarzało się nieprawidłowo ocenić sytuację, na przykład z powodu braku dostępu do rzetelnych informacji. Czy jednak tak było i w tym przypadku? Czy dowództwo AK nie otrzymało wcześniej sygnałów ostrzegawczych?

 

Akcja „Burza”

Armia Czerwona w pościgu za cofającym się Wehrmachtem przekroczyła przedwojenną granicę Rzeczypospolitej już w lutym 1944 roku. Wkrótce miejscowe oddziały AK przystąpiły do Akcji „Burza”, atakując ustępujących Niemców, zaś wobec Sowietów występując w roli gospodarzy.

W Wilnie, Lwowie i wielu innych miejscach akowcy walczyli ramię w ramię z krasnoarmiejcami, często odbierając za to wyrazy wdzięczności nie tylko od prostych żołnierzy, ale i od bolszewickiego dowództwa wysokiego szczebla. Potem zaś… nieodmiennie wkraczały NKWD i Smiersz, przeprowadzając masowe aresztowania, a opór łamiąc siłą. Skutkiem Akcji „Burza” struktury Polskiego Państwa Podziemnego, które przetrwały długie lata niemieckiej okupacji, teraz dokonywały dobrowolnej dekonspiracji, w następstwie czego ich działacze i żołnierze wpadali w łapy funkcjonariuszy sowieckich organów bezpieczeństwa. Tego również nikt nie przewidział?

Wszak w  roku 1944 dla nikogo nie była tajemnicą sowiecka agresja sprzed zaledwie 5 lat, ówczesna aneksja przez czerwone imperium połowy terytorium Rzeczypospolitej, uwięzienie i deportacje setek tysięcy obywateli. Nie była już tajemnicą zbrodnia katyńska. Nie był tajnym terror uprawiany przez sowiecką partyzantkę wobec ludności polskiej, szczególnie na Kresach Północno-Wschodnich.

Złudzenia mogli żywić tylko niektórzy politycy i część dowództwa z Warszawy. Zwykli ludzie złudzeń nie mieli. Porucznik Stanisław Sabuła „Licho” wspominał odprawę w sztabie Nowogródzkiego Okręgu AK:

 

„«Wilk» odczytał rozkaz o akcji «Burza», której celem miało być zajęcie Wilna i wystąpienie w roli gospodarzy wobec wkraczających władz sowieckich. Na zakończenie «Wilk» zapytał, czy są jakieś pytania. Byłem jedyny, który wystąpił. […] Zapytałem:

 – Co zrobić, jeśli bolszewicy będą nas rozbrajać?

A na to «Wilk»:

 – Do tego nie dojdzie, bo jest porozumienie.

– A jednak jeżeli mimo to zaczną rozbrajać - czy bić, czy uciekać, czy też poddać się?

– Do rozbrajania nie dojdzie, a zresztą będą rozkazy.

– A jeżeli rozkazów nie będzie?

– Rozkazy będą. Wstąpić!”

 

Podpułkownik Henryk Pohoski, szef sztabu Obszaru Lwowskiego AK, udając się wraz z resztą sztabowców na rozmowy z Sowietami, zapamiętał uwagę jednego z podwładnych:

„Dyżurujący w sztabie sierżant lwowiak powiedział mi: - Czy pan pułkownik nie widzi, że to podstęp, aby wszystkich zebrać i łatwo aresztować?”

 

Był to czas, kiedy porucznicy i sierżanci wykazywali się lepszym zrozumieniem otaczającej rzeczywistości, niż decydujący o ich losach pułkownicy i generałowie. Polskie dowództwo w Warszawie miało swoisty poligon doświadczalny na wschodzie kraju. Zdumiewające, że nie wyciągnęło z tamtych zdarzeń żadnych wniosków.

 

Głosy sprzeciwu

Jest faktem, że nie brakowało ludzi, którzy widzieli sprawy takimi, jakie były w rzeczywistości. Perspektywy nie przysłaniały im ani czarna rozpacz, ani zwodnicze chciejstwo.

W lipcu 1944 roku pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki, szef Oddziału II (informacyjno-wywiadowczego) Komendy Głównej AK, argumentował, że wojsko niemieckie wcale nie jest zniszczone. Przytaczał raporty podległych sobie służb o postępującej koncentracji sił niemieckich wokół Warszawy, o ściąganiu nowych jednostek, w tym doborowych dywizji pancernych. Nie posłuchano go. Kiedy zaś decydenci i wodzowie ignorują doniesienia własnego wywiadu, bo nie pasują im do wyśnionej wizji, wówczas przepis na katastrofę jest gotowy.

 

Zacięty polemiczny bój ze zwolennikami insurekcji stoczył pułkownik Janusz Bokszczanin, II zastępca szefa sztabu Komendy Głównej AK. Bez ogródek określił postawione zadanie jako niewykonalne. Zwrócił uwagę na fakt, iż w Warszawie znajduje się jedynie cząstka sił niemieckich; że główne siły wroga stacjonują poza miastem, a ich pobicie znajduje się poza zasięgiem możliwości AK. Kiedy jego koledzy roili o sowieckiej pomocy, która z pewnością wesprze Powstanie – on trafnie ostrzegał, że Armia Czerwona może wstrzymać swój marsz, aby zniszczyć podziemne wojsko rękami Niemców. Niestety, on również nie zdołał przekonać oponentów.

 

Wśród fałszywych przyjaciół

Przed oblicze dowództwa wezwano kuriera z Londynu, porucznika Jana Nowaka-Jeziorańskiego, indagując go o spodziewaną pomoc aliantów.

- Bór [Komorowski] interesował się głównie tym, czy Warszawa może liczyć na masowe zrzuty broni i przysłanie Brygady Spadochronowej. Na oba pytania odpowiedziałem z całą stanowczością negatywnie. Podkreśliłem, że znam obie sprawy z pierwszej ręki – wspominał kurier. Zapytany przez generała Pełczyńskiego o możliwe reakcje aliantów na wybuch powstania, odparł:

- Jeżeli „Burza” w Warszawie została pomyślana jako demonstracja polityczno-wojskowa, to nie będzie ona miała żadnego wpływu na politykę sojuszników. A jeśli chodzi o opinię publiczną na Zachodzie, będzie to dosłownie burza w szklance wody.

 

Oficer nie pozostawił więc generałom żadnych złudzeń. Jego rozmówcy mogli przyjąć jego wyjaśnienia, bądź je zignorować. Wiemy, co wybrali.

 

 „Furia odwetu” i moc bombardowań

29 lipca 1944 roku Radio Moskwa wezwało warszawiaków do powstania zbrojnego.

Nazajutrz o rozpoczęcie otwartej walki zbrojnej zaapelowała Radiostacja „Kościuszko” - utrzymywana przez Sowietów rozgłośnia kolaboracyjna:

 

„Milion ludności Warszawy niechaj się stanie milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność”.

 

Samoloty z czerwonymi gwiazdami zrzucały na miasto ulotki nawołujące do walki. Wodzowie AK nie dociekali, z jakiego powodu Stalinowi tak zależało na poderwaniu Polaków do zrywu.

Problemem, przed którym nie mogli uciec planiści, była mizeria posiadanego oręża. W konspiracyjnych magazynach zgromadzono raptem parę tysięcy sztuk broni długiej, pozwalających na wystawienie ekwiwalentu pułku piechoty. Pułkownik Chruściel wyraził ufną opinię, że deficyty w uzbrojeniu wyrówna… „furia odwetu”. Generał Okulicki pospieszył z dobrą radą:

- Broń zdobędziecie na Niemcach!

 

Suche liczby, odzwierciedlające skromną zawartość powstańczych arsenałów, nie oddają dramatyzmu sytuacji. Przede wszystkim należy pamiętać o tym, że Armia Krajowa była armią konspiracyjną. Teraz kazano jej stanąć do otwartej bitwy z regularnymi formacjami wroga.

Historia wojen pokazała, że partyzanci i konspiratorzy są w stanie prowadzić długotrwałą, nawet wieloletnią walkę z przeważającymi siłami nieprzyjaciela, jeśli tylko przestrzegają podstawowej zasady guerilli – nie mogą pozwolić, by przeciwnik narzucił im swoje reguły gry. Muszą operować w swoim środowisku, w trudno dostępnych lasach i górach, albo też wtopieni w wielkie skupiska ludności; wychodzić z ukrycia tylko na czas akcji, potem zaś natychmiast znikać w bezpiecznych kryjówkach.

 

Owa taktyka po wielokroć bywała utrapieniem nawet dla najpotężniejszych mocarstw. Dlatego marzeniem wszystkich sztabowców odpowiedzialnych za operacje kontrpartyzanckie jest, aby bojownicy podziemia opuścili swoje dające schronienie zakamarki; by stanęli oko w oko z regularnym wojskiem, które wtedy może wykorzystać swą przewagę liczebną, wyszkolenie, siłę ognia, swoje lotnictwo, broń pancerną i artylerię. Taka właśnie sytuacja zaistniała w Warszawie od 1 sierpnia 1944 roku.

 

Podczas Powstania niemieccy artylerzyści i lotnicy będą prowadzili mecz do jednej bramki, rujnując z bezpiecznej odległości kolejne połacie miasta, zabijając bezkarnie tysiące powstańców i dziesiątki tysięcy ludności cywilnej. Polacy dysponujący jedynie bronią strzelecką (a najczęściej całkiem bezbronni) nie będą w stanie temu przeszkodzić. Generałowie AK, nakazujący swym podwładnym zająć i utrzymać miasto, nie mogą tłumaczyć się niewiedzą o niszczycielskich możliwościach ostrzałów artyleryjskich i bombardowań lotniczych, zwłaszcza że właśnie Warszawa doświadczyła tego kataklizmu we wrześniu 1939 roku.

 

Decyzja

31 lipca rano podczas narady dowództwa pułkownik Iranek-Osmecki przedstawił nowe informacje wywiadu o jednostkach niemieckich wokół Warszawy. Wynikało z nich, że liczba samych tylko dywizji pancernych wroga wzrosła do czterech.

Pułkownik wspominał:

„Bór oświadczył, że w tych warunkach walki nie rozpoczną się ani 1 sierpnia, ani też niewątpliwie 2. Mówił tonem stanowczym i spokojnym, co mnie uspokoiło”.

 

Generał Komorowski wyznaczył termin następnej narady na godzinę 18.00. Na dwie godziny przed czasem przybyli doń zaaferowani generałowie Okulicki i Pełczyński oraz pułkownik Chruściel. Przynieśli sensacyjną wieść, że Armia Czerwona zajęła już Okuniew, Radość, Miłosnę, Wołomin i Radzymin, że sowieckie czołgi dokonały wyłomu w niemieckiej obronie Pragi. Uczestnicy zebrania, nie bawiąc się w weryfikację zasłyszanych rewelacji, podjęli decyzję o rozpoczęciu powstania nazajutrz.

 

Kiedy o 18.00 przybył Iranek-Osmecki, zastał tylko samego komendanta głównego:

„Spojrzałem na niego zdziwiony i zapytałem:

- Jak to, jest pan sam, inni nie przyszli?

- Odprawa się skończyła – odpowiedział szybko. - Wydałem rozkaz rozpoczęcia walk.

Popatrzyłem na niego z osłupieniem i powiedziałem machinalnie:

- Rozpoczęcie walk. Ale dlaczego?

- Monter przyniósł informację, że czołgi sowieckie zajęły Okuniew, Radość i Miłosnę i zrobiły wyłom w niemieckim przyczółku na Pradze. Powiedział, że jeśli nie zaczniemy natychmiast możemy się spóźnić. Wydałem więc rozkaz. […]

Podniosłem głowę i patrząc mu prosto w oczy powiedziałem:

- Popełnił pan błąd, panie generale; informacje Montera są niedokładne. Otrzymałem właśnie meldunki od mych ludzi z terenu. Wynika z nich niezbicie, że przyczółek praski nie został przełamany. Wręcz przeciwnie […] Niemcy przygotowują się do przeciwnatarcia. […]

Spojrzał na mnie i spytał:

- A więc trzeba raz jeszcze odwoływać? Znowu odkładać?

- Tak, panie generale, wybrał pan najgorszy moment. Trzeba przekazać odwołanie rozkazu”.

 

Jednakże generał Komorowski rozkazu nie odwołał. Machina została wprawiona w ruch.

 

Semper fidelis

Profesor Jan M. Ciechanowski, w tamto gorące lato zaledwie czternastolatek, ale już z rocznym stażem w szeregach konspiracji, za męstwo w Powstaniu dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, w następnych dekadach był jednym z najzaciętszych krytyków decyzji o rozpoczęciu insurekcji:

 

„Jeśli ktoś mówi, że powstanie wybuchło, bo młodzież do niego parła, to nieprawda. Jak zobaczyliśmy, że właściwie nie mamy broni, to pytaliśmy dowódcę: z czym do gości? Ale byliśmy zdyscyplinowanymi żołnierzami – na rozkaz stanęliśmy do walki i na rozkaz ją zakończyliśmy”.

 

Jest w tych słowach coś tragicznie wzniosłego. Historia Polski zabarwiona jest krwią „insurekcyjnych sceptyków”. Wbrew rozemocjonowanym tłumom, niczym złowróżbne Kasandry ostrzegali oni przed konsekwencjami nieprzemyślanych zrywów, ale kiedy już doszło do boju, wówczas stawali w szeregu i wypełniali swój obowiązek, płacąc krwią i życiem za cudze błędy. Taki jenerał Józef Sowiński, który w Noc Listopadową 1830 roku ledwie uniknął samosądu z rąk rozgorączkowanej młodzieży, kilka miesięcy później zginął śmiercią bohatera na szańcach Woli. Romuald Traugutt, dyktator Powstania Styczniowego, który zwracał się do swych towarzyszy gorzko: „Ja nie chciałem tego powstania!”, mimo to trwał nieugięcie na powierzonym posterunku, aż do tragicznego końca. A bywało i tak, że kiedy „insurekcyjni sceptycy” ginęli w walkach i na szafotach, w tym samym czasie wygadani radykałowie, wcześniej podburzający naród do czynu, już układali się z wrogiem, chcąc sobie zapewnić łagodne warunki niewoli, albo uchodzili na emigrację oddawać się niekończącym kłótniom z rodakami i pisać samousprawiedliwiające pamiętniki.

 

Czy komuś to się podoba, czy nie, idea powstańczego zrywu w Warszawie latem 1944 roku miała swoich przeciwników w kręgach niewątpliwie patriotycznych. Nie znaczy to, że ci ludzie tchórzliwie uchylali się od walki, że opowiadali się za kapitulacją, kolaboracją czy choćby biernością. Dowództwo NSZ apelowało, by trwać w konspiracji; by zachować siły do walki z nowym, nadciągającym ze wschodu okupantem. Takie realistyczne głosy słychać było także w środowisku AK.

 

Pułkownicy Iranek-Osmecki i Bokszczanin z Komendy Głównej Armii Krajowej są dziś postaciami niemal zapomnianymi. Rzadko wspomina się o nich podczas oficjalnych uroczystości. A przecież to właśnie oni - stawiając trafne analizy, które potwierdził potem bieg wydarzeń, przeciwstawiając swój wojskowy profesjonalizm egzaltowanemu chciejstwu - ratowali w tych trudnych dniach honor polskiego sztabowca.

 

Blizna

Żołnierzom Powstania należy się cześć i szacunek za męstwo, przed którym pochylali głowy nawet uczciwi wrogowie. Nie inaczej ludności cywilnej, za heroiczne znoszenie przez dwa miesiące tego, czego tak po ludzku znieść się nie dało.

 

Kiedy jednak mowa o inspiratorach zrywu, jak wyrzut sumienia pobrzmiewa zdanie, które niespodziewanie wyłania się z kart wspomnień generała Komorowskiego:

[...] gdy broni brak, nie daje się rozkazu do natarcia”.

 

Gdy zaś patrzymy na długie szeregi krzyży na Cmentarzu Powązkowskim, na fotografie dziecięcych buzi wyłaniających się spod zbyt wielkich hełmów, kiedy wspominamy tę wspaniałą młodzież - której już nie ma! - tych dziarskich chłopaków, którzy na rozkaz dowództwa poszli w bój bez broni, delikatne jak kwiaty dziewczęta czołgające się pod ogniem karabinów maszynowych z opatrunkiem dla rannego, cywilów rozstrzeliwanych na podwórkach kamienic albo bezradnie oczekujących w piwnicach na uderzenie bomby, i jeszcze oszalałe z rozpaczy matki tulące w ramionach martwe dzieci - wtedy jak straszne oskarżenie brzmią słowa wypowiedziane kiedyś przez profesora Pawła Wieczorkiewicza:

 

- Niektórzy z nich mówili o Termopilach. Ale gdzie ten Leonidas, który zginął?

 

Andrzej Solak

 

 
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie

Regulamin forum portalu PCh24.pl:

1) Na forum nie wolno umieszczać komentarzy które:

- promują zachowania dewiacyjne, sprzeczne z prawem naturalnym;

- obrażają wiarę katolicką i Kościół katolicki;

- zawierają wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.);

- zawierają informacje obarczające niesprawdzonymi zarzutami inne osoby (art. 23 Kodeksu cywilnego);

- przyczyniają się do łamania praw autorskich (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994r.);

- zawierają linki i adresy do stron WWW, dane osobowe, teleadresowe lub adresy mailowe

- są reklamami lub spamem (nie mają nic wspólnego z komentowanym artykułem)

- są bezpośrednimi, brutalnymi atakami na interlokutorów lub nawołują do agresji wobec nich

- są niestosowne w kontekście informacji o śmierci osoby publicznej bądź prywatnej

- zawierają uwagi skierowane do redakcji PCh24.pl. (za te ostatnie jesteśmy bardzo wdzięczni, prosimy jednak o kontakt mailowy, tylko wówczas mamy bowiem pewność, że trafią one do osób odpowiedzialnych za treść serwisu).

2) Wszystkie komentarze naruszające pkt. 1 niniejszego Regulaminu będą usuwane przez moderatora

 
Tom
Rocznica tego Powstania powinna być czczona jako straszliwa tragedia - powinno się czcić wyłącznie pamięć ofiar tej straszliwej klęski. Kiedy zaczniemy o historii Polski rozmawiać jak dorośli ludzie a nie w kółko pocieszać się bajkami i legendami. Jaką naukę mają wyciągnąć następne pokolenia ze straszliwych klęsk ? Jak mają zrozumieć dlaczego jesteśmy biedniejsi od Niemiec, Francji, Holandii, Belgii, Wielkiej Brytanii czy nawet Irlandii jak będą im opowiadane tylko bajki i legendy historyczne? Jak wytłumaczyć młodym Polakom dlaczego polskie muzea są puste a w zamkach i pałacach nie ma nic poza gołymi ścianami, dlaczego w polskich bibliotekach nie ma prawie żadnych zabytkowych książek a nasze archiwa przedwojenne są w Moskwie? Kto wytłumaczy młodym dlaczego w Warszawie jedynymi zabytkami są pałace w Łazienkach i w Wilanowie bo reszta to powojenne imitacje wybudowane na podstawie obrazów Canaletta.
powstanie
@marek - jakby autor chciał wymienić wszystkich, ktorzy krytykowali powstanie post factum to pewnie zabrakłoby mu miejsca w artykule. To jest o czymś zupełnie innym. Wielu dzisiaj mówi, ze przecież Bór i Okulicki nie mogli przewidzieć, jak to się potoczy. A tutaj jest pokazane, że część oficerów KG AK dobrze przewidziała, tylko że ich opinie zlekceważono. Dzisiaj często się pisze, że krytyka decyzji o rozpoczęciu powstania to jest ubliżanie powstańcom. A przecież Iranek-Osmecki i Bokszczanin też stali się powstańcami, choć byli przeciw wywołaniu powstania, tak jak kiedyś Traugutt.
marek
autor zapomniał wymienić najsłynniejszego przeciwnika wywołania powstania warszawskiego-legendarnego generała Władysława Andersa,który decyzję o powstaniu nazwał zbrodnią p-ko narodowi polskiemu.
sorcier
@bart Proponuję się jednak douczyć - akurat sanacyjna ekipa siedziała na wyspie Bute w obozie karnym Rothesay - premier Mikołajczyk, który z Londynu zezwolił na powstanie był ANTYSANATOREM, a Sanacji szczerze nienawidził.
Ludwik
Jedyne co osiągnęli powstańcy to całkowite zniszczenie miasta i mnóstwo ofiar śmiertelnych. Żeby tą Warszawkę odbudować, rozbierano śląskie miasteczka, dużą część Nysy w ten sposób zniszczono. Za takie coś... Warszawa powinna nadal leżeć w gruzach!
POKAŻ WIĘCEJ KOMENTARZY