Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
31   MARCA   2020 r.
Św. Balbiny, męczennicy
Św. Beniamina, męczennika
Św. Balbiny, męczennicy
Św. Beniamina, męczennika
Imieniny obchodzą:
Gwidon, Kornelia
 
Polonia Christiana nr 50       POLSKA

Od Sarmatów do samolotów

Od Sarmatów do samolotów

Mamy tyle wspaniałych tradycji – obyczajowych, politycznych i militarnych – oryginalnych i niepowtarzalnych. Nawet jeśli o nich nie myślimy bądź wcale ich nie znamy, one i tak krążą w naszym narodowym krwiobiegu. Sięgajmy zatem po nie, poznawajmy je, kreatywnie wpisujmy je w nowe konteksty – w tym nasza siła!

 

Czy Polacy są potomkami Sarmatów, jak twierdzono w dobie Rzeczypospolitej Obojga Narodów? Głupie pytanie – ktoś odpowie. Jakie znaczenie mogą dziś mieć przestarzałe spory? Czy dziś, w XXI wieku, nie wystarczy skwitować, że cokolwiek by nie było wcześniej, obecnie jesteśmy po prostu Polakami? I choćbyśmy nawet byli potomkami owych barbarzyńskich hord, z którymi ścierali się Rzymianie na terenie dzisiejszych Węgier, jakie to może mieć teraz znaczenie? Otóż, ma to znaczenie, i to pierwszorzędne. I pod różnymi względami. Tu i teraz skupimy się jednak tylko na jednej sprawie – niezmiernie istotnej w dzisiejszej sytuacji geopolitycznej – mianowicie na wojskowości.

 

Zacznijmy jednak od podsumowania wątku sarmackiego. Nie wiemy, w jaki sposób Słowianie na naszych ziemiach łączyli się z Sarmatami. Być może Sarmaci, podbiwszy część tych ziem, z czasem wtopili się w lokalną ludność i jak Normanowie w Anglii lub tureccy Bułgarzy na Bałkanach przyjęli lokalny język i kulturę (jednocześnie całkiem sporo dodając od siebie). Jak było dokładnie, ani nawet kiedy to było, po upływie dwóch tysięcy lat nie sposób się już dowiedzieć. Nie ma to zresztą znaczenia. Ważne jest, iż takie wpływy faktycznie istniały – zarówno badania genetyczne, jak też analizy językoznawcze dowodzą, iż nasi szesnastowieczni przodkowie, popularyzując legendę o Polsce jako Sarmacji, bynajmniej nie byli w błędzie.

 

Oprócz genów i bardzo starej warstwy słownictwa o pochodzeniu irańskim w naszym języku, więź wydaje się istnieć również w obyczajach. Oto bowiem trzy ważne cechy polskiej szlachty, a więc: gościnność, waleczność, i – nieraz kłótliwe – zamiłowanie do wolności, są charakterystyczne dla ludów irańskich, z których wywodzili się Sarmaci. Wszystkie te trzy cechy w taki czy inny sposób uwidaczniają się w arcypolskim pojęciu ułańskiej fantazji.

 

Trzy sceny batalistyczne

Najważniejszym chyba przykładem ducha kawaleryjskiego jest nacisk na szarżę – gromadzenie sił do jednego, mocnego uderzenia. Rozważmy trzy krótkie przykłady na przestrzeni dziejów.

Scena pierwsza: opancerzeni jeźdźcy, dzierżąc w dłoniach długie kopie, szarżują na rzymskie szyki. Są to właśnie starożytni Sarmaci. Jak potwierdza w swoich kronikach Tacyt, pomimo iż Sarmaci ostatecznie nie byli w stanie wygrać wojny z Rzymem, siła ich uderzenia najczęściej nie dawała szans nawet dobrze wyszkolonej rzymskiej piechocie. Rzymianie więc ostatecznie wygrają wojnę, jednak od tego czasu będą chętnie werbować Sarmatów, aby tworzyć z nich jednostki jazdy we własnych szeregach.

 

Scena druga: opancerzeni jeźdźcy, dzierżąc w dłoniach długie kopie, szarżują na moskiewskie szyki pod Kłuszynem. Niejeden raz: tak wielką przewagę liczebną mieli Moskale tego dnia, że poszczególne chorągwie szarżowały nawet dziesięciokrotnie. Jednak śmiałe ataki husarzy ostatecznie przyniosły zwycięstwo. Podobne zwycięstwa będzie Rzeczpospolita powtarzać aż do wspaniałej bitwy pod Wiedniem w roku 1683. Rzecz znamienna, stopniowemu upadkowi Rzeczypospolitej towarzyszy degeneracja husarii…

 

Jednak dziś już na koniach nie walczymy, jakie więc znaczenie ma tradycja kawaleryjska? Cóż, oto scena trzecia: myśliwce polskiego Dywizjonu 303 atakują niemieckie bombowce nad Anglią. Na próżno usiłuje ich bronić niemiecka eskorta. Sarmaci po prostu koszą Niemców. Robią to znacznie lepiej niż Anglicy, pomimo iż latają na sprzęcie wyprodukowanym przez tych ostatnich. W przeciwieństwie bowiem do angielskich pilotów Polacy strzelają z bliska, szarżują jak kawaleria. I nic w tym dziwnego, gdyż niejeden z polskich pilotów dorastał, czytając o szarżach husarskich w Trylogii Sienkiewicza, i słuchając ojcowskich opowieści o szarżach ułańskich w wojnie polsko‑bolszewickiej. Tak właśnie na przestrzeni wieków kształtował się nasz duch fantazji ułańskiej – słysząc o kawaleryjskich sukcesach ojców, któż nie chciałby ich naśladować?

 

Współczesna husaria

Logicznym spadkobiercą polskiej kawalerii w czasie drugiej wojny światowej były oczywiście jednostki zmechanizowane, takie jak oznakowana skrzydłami husarskimi 1 Dywizja Pancerna generała Maczka. Ale skrzydła husarskie zdobią również nasze współczesne Siły Powietrzne. Nie powinno to zaskakiwać, gdyż związek pilota z samolotem ma w sobie coś z relacji między jeźdźcem a koniem – dobry pilot myśliwski wczuwa się w reakcje swojej maszyny. Niczym jeździec i koń, pilot i jego samolot stanowią jedność. Jak pokazali polscy piloci czasu wojny, efekt może być iście porażający, objawiając się zwrotnością, szybkością i siłą uderzenia. Omawiając wartość tradycji husarskiej dla dzisiejszej Polski, skupimy się zatem na lotnictwie, a zwłaszcza na kwestiach liczebności oraz doboru sprzętu.

 

W jakim stopniu polskie lotnictwo mogłoby dzisiaj odegrać w powietrzu przełamującą rolę husarii? Najłatwiej odpowiedzieć na to pytanie, wyobrażając sobie Jana III Sobieskiego szarżującego na Turków pod Wiedniem nie na czele wielotysięcznej rzeszy, ale na czele zaledwie kilkuset husarzy. Efekt przypominałby inną królewską szarżę polską na wojska tureckie – tę pod Warną w roku 1444…

Nasze lotnictwo bojowe dziś składa się się z 48 myśliwców F-16, 30 myśliwców MiG-29, oraz 16 samolotów bojowych Su-22, których liczba ma wkrótce spaść do 12, wyremontowanych, ale wciąż przestarzałych maszyn. Niewielka to ilość. Aczkolwiek dziś wszystkie lotnicze armie świata są znacznie mniej liczne niż były w dobie drugiej wojny, gdyż nowoczesne maszyny bojowe są bardzo kosztowne. Można to porównać do średniowiecznych przemian wojskowych w kawalerii, gdzie wraz ze wzmacnianiem opancerzenia rycerskiego aż do pełnej zbroi płytowej zmniejszała się liczebność rycerzy na polu bitwy. Współczesnym odpowiednikiem ciężkozbrojnego rycerza jest amerykański samolot F-35, który nadal jest uważany za głównego kandydata na zastąpienie naszych starzejących się maszyn MiG-29 i Su-22. Samolot ten warto omówić, gdyż z pewnością Stany Zjednoczone za kulisami naciskają na Polskę, aby swoim portfelem wsparła produkcję tej niezmiernie drogiej maszyny. To zaś nie musi być wcale w naszym interesie – co widać właśnie, gdy spojrzymy na sprawę przez pryzmat naszych tradycji.

 

Rzecz znamienna – polska husaria nigdy nie była tak ciężkozbrojna jak zachodni rycerze. Owszem, z biegiem czasu stała się najcięższą polską formacją, ale wywodziła się pierwotnie z jazdy lekkiej. Zbroja dała husarzom większą wytrzymałość w boju, jednak o skuteczności husarskiej decydowała zwrotność, świetnie wyszkolony koń i niezwykle dopracowana, specjalistyczna broń. Kopia husarska to siedemnastowieczny odpowiednik rakiety powietrze‑powietrze – potężna, o dużym zasięgu i bardzo droga, gdyż jednorazowa. Aby powtórzyć szarżę, husarz musiał wrócić po nową kopię.

Dzisiaj więc lotniczym odpowiednikiem husarza nie będzie silny, zaawansowany, ale niezbyt zwrotny F-35, tylko lżejszy, tańszy samolot bojowy dysponujący równie mocnym jak F-35 uzbrojeniem, i oczywiście świetnie wyszkolonym pilotem. Takie uzbrojenie naszego lotnictwa pozwoliłoby na zwiększenie liczebności, a co za tym idzie – siły uderzeniowej. Tańszy i nieco mniej zaawansowany technologicznie projekt miałby też zaletę możliwości nabycia licencji na produkcję krajową, co jest oczywiście kluczowe dla potencjału bojowego Polski.

 

Pomyślmy, gdyby roku Pańskiego 1683 nasza husaria jeździła nie na polskich, ale na importowanych koniach z supermocarstwa francuskiego, wyprawa wiedeńska zostałaby drastycznie utrudniona poprzez odcięcie dostaw. Będąc wprawdzie sojusznikiem Polski, Francja sprzyjała bardziej Turkom niż Austrii. Toteż łatwo możemy sobie wyobrazić francuskiego posła tłumaczącego, iż Francja nie pragnie zaogniać sytuacji, dostarczając sprzęt stronom walczącym

 

Omawiany tu przykład F-35 nie ma za zadanie sugerować, iż tylko w lotnictwie jest sens odnosić się do tradycji husarskiej. W czasie ostatniej wojny ułańską fantazją zaskakiwały wrogów i sojuszników również nasze formacje pancerne i okręty bojowe, zwłaszcza podwodne. Podobnie wykazało się wojsko generała Kleeberga, ostatniego obrońcy Polski we wrześniu 1939, który poddał się dopiero na skutek braku amunicji po zwycięskiej bitwie pod Kockiem. U Kleeberga, można by powiedzieć, że nawet piechota była jazdą…

 

Armia w duchu sarmackim

Tradycje konne to oczywiście dużo więcej niż tylko pancerne uderzenie husarii. Po pierwsze, oprócz ciężkiej jazdy już od czasów sarmackich na stepach walczyła również jazda lekka. Ta także posiadała sporą siłę uderzenia, ale jej najważniejszą cechą była mobilność, zdolność prowadzenia walki praktycznie bez taborów z zaopatrzeniem. Tu z kolei możemy dostrzec inspirację dla powstających dziś oddziałów Obrony Terytorialnej. Czerpiąc z tradycji kawaleryjskich, można stworzyć jednostki, które poprzez mobilność będą unikać otwartej walki z przeważającymi siłami wroga, jednocześnie uderzając w jego wrażliwe punkty. W przeciwnym razie, ochotnicy Obrony Terytorialnej zostaną po prostu zmieceni przez profesjonalne wojska przeciwnika.

 

Obronność Polski może wiele zyskać, jeśli nasze wojsko czerpać będzie inspirację i ducha z sarmackich, kawaleryjskich tradycji naszego narodu. Dopiero w tym duchu, pozostając sobą, będziemy najskuteczniejsi. I, co nie mniej ważne, odkryjemy, że silne Wojsko Polskie nie musi być wcale tak drogie jak wojska sąsiadów, aby być równie skuteczne. Zaletę husarza stanowił bowiem nie tylko fakt, iż jego ekwipunek był nieco tańszy od ekwipunku ciężkozbrojnego rycerza. Prawdziwa wartość husarza objawiała się dopiero w pytaniu: Ile innych oddziałów musieliby Polacy wystawić pod Orszą, Kircholmem, Kłuszynem czy Wiedniem, aby tak błyskotliwe zwycięstwa osiągnąć bez kawalerii?

 

Jakub Majewski – twórca i badacz gier komputerowych, miłośnik historii i teologii.

 

Pierwotna wersja artykułu ukazała się w 50. numerze magazynu Polonia Christiana.

 

 

 

 

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie