Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
16   STYCZNIA   2021 r.
Św. Marcelego I, papieża
Św. Honorata, biskupa
Św. Marcelego I, papieża
Św. Honorata, biskupa
Imieniny obchodzą:
Marceli, Włodzimierz
 
Polonia Christiana nr 75       ŚWIAT

ONZ, czyli 75 lat manipulacji

ONZ, czyli 75 lat manipulacji

W tym roku obchodzimy siedemdziesięciopięciolecie założycielskiej konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jakże znamienny był początek tej organizacji! Pośród powszechnego entuzjazmu ze strony prasy i publiczności na konferencji działy się rzeczy tragicznie obłudne. Jeszcze w powijakach organizacja okazała się sprzedajna i interesowna. I tak już pozostało…

 

Państwa uczestniczące w konferencji założycielskiej ONZ na koniec podpisały Kartę Narodów Zjednoczonych. Zabrakło w tym gronie Polski: owszem, zostawiono miejsce na jej podpis, ale… nie zaproszono Polaków. Formalnie Zachód wciąż uznawał rząd polski w Londynie, a nie tak zwany komitet lubelski. Jednak Amerykanie gorąco pragnęli, by Związek Radziecki dołączył do formującego się ONZ. Toteż nie ośmielono się drażnić Sowietów obecnością polskiej delegacji.

 

Ugodowość wobec Sowietów została niejako wpisana w system ONZ. Wszak ZSRR – główny agresor i niszczyciel porządku międzynarodowego – nie tylko znalazł się w szeregach organizacji, ale też stał się jednym z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa, posiadających prawo weta, gdy rada gromadziła się, aby zadecydować o interwencji w tym czy innym konflikcie międzynarodowym. Wszelkie próby potępienia agresywnych działań sowieckich na świecie były zatem już z góry skazane na porażkę.

 

To samo jednak dotyczyło pozostałych czterech stałych członków Rady: Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Chin (początkowo republikańskich, później „podmienionych” na komunistyczne). Formalnie wszystkie narody podpisujące Kartę zobowiązały się, aby ich międzynarodowe dysputy podlegały arbitrażowi, a nawet zbrojnej interwencji wspólnoty. W praktyce, organizacja mogła interweniować tylko tam, gdzie wszystkie mocarstwa uznawały, że interwencja leży w ich interesie. Toteż mocarstwa i ich sojusznicy mogli działać bezkarnie. ONZ nawet dawała im swoiste zabezpieczenie, mianowicie: jeżeli konflikt pójdzie nie po ich myśli, wówczas ich mocodawca w Radzie Bezpieczeństwa może wymusić rozejm.

 

Jak świat długi i szeroki, studenci i wykładowcy stosunków międzynarodowych dyskutują o tej fatalnej wadzie ONZ, wymyślając rozmaite rozwiązania problemu wielkich mocarstw, aby organizacja nareszcie mogła realizować swoją misję. Dużo rzadziej natomiast podejmuje się dyskusję o tym, czy ONZ w ogóle powinna istnieć…

 

Współczesna wieża Babel

Księga Rodzaju opowiada, jak ongiś ludzkość rzuciła Bogu wyzwanie. Wtedy Bóg rzekł: Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego! (Rdz 11, 6–7). Rzecz jasna, Bóg nie obawiał się ludzkości, dla której w przyszłości nic nie będzie niemożliwe – przeciwnie, była to obawa o nasze zbawienie. Dla zjednoczonej ludzkości faktycznie nic nie będzie niemożliwe – w imię kolektywu będzie można usprawiedliwić każdą zbrodnię. Właśnie dlatego większość współczesnych państw Zachodu – spadkobierców (choć często niechętnych) myśli chrześcijańskiej – zakazuje istnienia partii totalitarnych oraz gospodarczych monopoli.

 

O ile jednak myśl chrześcijańska potępia urawniłowkę, przeciwnicy chrześcijaństwa nierzadko bywają orędownikami zjednoczenia ludzkości pod jednym butem – czy to drogą podboju, czy właśnie działań na rzecz „dobra wspólnego”. Są to grunty ryzykowne, gdzie łatwo przy omawianiu faktów przekroczyć granicę zgoła fałszywych i absurdalnych teorii spiskowych. Niemniej co powiedzieć o rozmaitych „filantropach”, którzy zawsze chętnie łożą pieniądze na wszelkie „jednoczące” działania? Tu wspomnijmy chociażby słynny klan Rockefellerów, który sfinansował zakup działki pod nowojorską siedzibę ONZ, a wcześniej finansował Ligę Narodów. Ci sami Rockefellerowie (tu kolejna cecha wielu znanych nam filantropów) bywali też gorącymi zwolennikami ruchów ekumenicznych, działań na rzecz kontroli populacji, i tak dalej – a wszystko w skali globalnej.

 

ONZ nie została zaprojektowana jako zalążek rządu światowego. Karta ONZ wprost zabrania ingerencji w sprawy wewnętrzne państw bez ich zgody. Jednak organizację tę wykorzystywano i wciąż się wykorzystuje do promowania konkretnych agend w skali światowej. Bo jakże by mogło być inaczej? Tak cenne narzędzie globalnego wpływu nie może leżeć odłogiem.

 

Takie zresztą były zamysły założycieli: aby jakoś okiełznać nową, chaotyczną epokę. Ale narzędzie szybko wymknęło się z rąk operatorów. Przez świat przetoczyła się fala dekolonizacji. Już w latach sześćdziesiątych okazało się, że w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ większością dysponują nowe państwa postkolonialne, które chętnie popierają siebie nawzajem przeciw starym mocarstwom. Zdominowana przez te kraje organizacja stała się narzędziem horrendalnie przeprowadzonej dekolonizacji, przy całkowitym milczeniu na temat skutków powstawania wewnętrznie sprzecznych organizmów państwowych: masakr plemiennych, rewolucji i krwawych dyktatur.

 

Chiny zgarniają pulę?

Z czasem potężniejsze państwa nauczyły się najstarszej lekcji polityki: głosy można kupić. Temu służą strumienie pomocy finansowej dla Afryki czy wysp Pacyfiku: pieniądze za poparcie. Mistrzami okazali się Chińczycy, dla których zresztą ten właśnie sposób działania stanowi historyczny modus operandi. Chiny wypróbowały tę metodę przeciw Chińskiej Republice na Tajwanie: za dary, pożyczki i inwestycje kolejne państwa Afryki i Pacyfiku wycofywały uznanie dla Tajwanu, popierając „jedne Chiny”. Nie zawsze zresztą przekupywano cały kraj – skoro taniej kupić samego tylko kacyka…

Obecnie, dzięki swym wpływom finansowym, Chiny są w stanie promować swoich ludzi na kierownicze stanowiska w rozmaitych agendach ONZ. Na siedemnaście głównych agend Chińczycy obecnie zarządzają aż czterema – tyloma, ile Stany Zjednoczone, Francja i Wielka Brytania razem wzięte. Nie ma wątpliwości, że te agendy będą operować zgodnie z chińskim interesem – wśród nich chociażby Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny dający Chinom wpływ na strukturę internetu i globalne standardy telefonii 5G.

 

Jednak Światowa Organizacja Zdrowia, której ostatnio stawia się uzasadnione zarzuty, iż sprzeniewierzyła się swej misji, aby wesprzeć interesy Chin podczas wybuchu koronawirusowej epidemii, nie jest jedną z czterech agend zarządzanych przez Chińczyków. Kieruje nią Etiopczyk, Tedros Adhanom. Również w budżecie WHO udział Chin jest minimalny. Ale Etiopia od lat korzysta z chińskiej pomocy, a Tedros Adhanom, jeszcze niedawno minister spraw zagranicznych, musiał nieraz negocjować z chińskimi dyplomatami. Można tylko spekulować, czy Chiny wywierają na niego jakiś wpływ – a jeżeli tak, to jak wygląda sytuacja w dwóch innych agendach, którym przewodzą Afrykańczycy?

 

Inne mocarstwa robią co mogą, aby ograniczyć chińskie wpływy. Ostatnio wielkim wysiłkiem dyplomatycznym Stany Zjednoczone zdołały uniemożliwić wybór chińskiego kandydata na kierownika Światowej Organizacji Własności Intelektualnej.

 

Ale wróćmy jeszcze do WHO. Tu Stany zdecydowały się po prostu wycofać swoje uczestnictwo, podobnie jak wcześniej (z innych przyczyn) z UNESCO. Takie decyzje, skądinąd zrozumiałe, są na rękę Chinom, które w ten sposób wypychają rywali. Istnieje realne zagrożenie, że z biegiem czasu coraz więcej struktur ONZ stanie się przedłużeniem władz chińskich. Rzecz jasna, wiele państw wtedy się wycofa, kładąc kres idei globalnego związku.

 

Kto będzie płakać po oenzecie? Organizacja ta nigdy nie spełniała swojej deklarowanej roli jako sprawiedliwy arbiter sporów międzynarodowych. Nie potrafiła bronić narodów tłamszonych przez krwawych dyktatorów, za to chętnie popierała globalne dzieciobójstwo, a współcześnie ochoczo promuje antywartości genderyzmu i ekologizmu. ONZ służy tym, którzy potrafią najskuteczniej przekupić jej członków bądź pracowników. Cóż, nie tylko w gospodarce zła moneta wypiera dobrą, a historia wieży Babel nie okazała się wystarczającą przestrogą przed hochsztaplerami obiecującymi cuda, jeśli tylko ludzkość zjednoczy się… pod ich butem.

 

Jakub Majewski – twórca i badacz gier komputerowych, miłośnik historii i teologii.

 

ARTYKUŁ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 75 NR. MAGAZYNU POLONIA CHRISTIANA

 

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie