Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
30   MARCA   2020 r.
Św. Jana Klimaka
Św. Leonarda Murialdo
Św. Jana Klimaka
Św. Leonarda Murialdo
Imieniny obchodzą:
Amadeusz, Amelia, Kwiryn
 
Polonia Christiana nr 55       NASZE DZIEDZICTWO
Jakub Majewski

Ostatnia szarża Polaków

Ostatnia szarża Polaków

W siodle, przy szabli, z karabinem Polacy zdolni są do najwspanialszych wyczynów – niestety, również w złej sprawie. Zawsze jednak w pięknym stylu.

 


1 marca 1945 roku miała miejsce ostatnia zwycięska szarża kawaleryjska drugiej wojny światowej. Szarży tej dokonali – jakżeby inaczej? – polscy kawalerzyści. Wielu z nich było weteranami września 1939 roku, więc w pewien symboliczny sposób bitwa ta stanowiła rewanż polskiej kawalerii za wszystkie propagandowe pomyje, które wylano na tę formację po przegranej kampanii wrześniowej. Ci, którym wroga propaganda zarzucała desperackie ataki z szablą na czołgi, teraz zmietli z pola walki silnie umocnionego wroga dysponującego potężną siłą ognia – niemalże jak pod Somosierrą. Bitwa miała wszelkie zadatki, aby przejść do historii polskiego oręża. Niestety, Polacy służyli komunistom. Należeli do Ludowego Wojska Polskiego.

 

Pamiętać o komunistach?


Ludowe Wojsko Polskie nie cieszy się wielką renomą w patriotycznej pamięci. Jest w tym wielka słuszność, gdyż właśnie tak zwani kościuszkowcy byli militarnym trzonem kolaboranckiego PRL‑u. Jakże więc wspominać ludzi, których trud – choćby i ponoszony w najlepszych intencjach – przyniósł nam pół wieku okupacji i zmiany w polskiej mentalności tak dogłębne, że do dziś jeszcze musimy się leczyć?

Tak więc, z punktu widzenia polityki LWP nie przyniosło nam wyzwolenia, a jedynie kolejną okupację: powód do wstydu raczej niż dumy. Z kolei z punktu widzenia wojskowego, kościuszkowcy byli zbyt nieliczni na tle całości sowieckich wojsk, a na dodatek często fatalnie dowodzeni. Sowiecką doktrynę wojskową cechowało lekceważenie strat, więc nawet zwycięskie bitwy często okazywały się krwawymi jatkami.

Symboliczna dla całej formacji była bitwa pod Romanowem – przepraszam, pod Lenino, gdyż taką nazwę musi do dziś jeszcze cierpieć stara posiadłość Radziwiłłów. Rocznicę tej przegranej bitwy, w której wojsko generała Berlinga utraciło niemal ćwierć swego początkowego składu, aż do 1991 roku szumnie obchodzono jako Dzień Wojska Polskiego. Wiele innych działań LWP można opisać podobnie – nic nie odejmując dzielności poszczególnych żołnierzy – ich walki były pasmem niepotrzebnych krwawych bitew, najczęściej bez większego znaczenia dla całej wojny.

Ten jeden jedyny raz, gdy LWP mogło w pozytywny sposób wpłynąć na sytuację, miał miejsce we wrześniu 1944 roku w Warszawie, kiedy żołnierze tej formacji przeprowadzili krótkotrwały desant w celu wsparcia powstania warszawskiego. Do dziś trwa debata, czy porażka tej operacji wynikała z błędów dowodzenia, czy z braku wsparcia na skutek odgórnej niechęci wobec możliwości zwycięstwa powstańców. Szybko nastąpiła ewakuacja, po czym polskim żołnierzom w służbie komunistów pozostało już tylko stać i patrzeć przez długie tygodnie na dogorywającą stolicę. Na wybrzeżu gdańskim w Warszawie do dzisiaj stoi Pomnik Kościuszkowców, przedstawiający żołnierza dramatycznie wyciągającego rękę w stronę Wisły. Ilekroć przechodziłem obok tegoż pomnika, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że artysta przemycił w nim iście subwersyjną w czasach PRL‑u myśl: żołnierz wygląda jakby walczył z jakąś niewidzialną ręką, która trzymając go za kołnierz, powstrzymuje od dalszego marszu.

 

A jak było z Somosierrą?


Z drugiej jednak strony, jeśli przekreślamy dorobek bojowy kościuszkowców, czy nie powinniśmy jednocześnie przekreślić dorobku wojsk polskich walczących u boku krwawego rewolucjonisty, Napoleona Bonaparte? Wszak jeśli Księstwo Warszawskie było mniej szkodliwym ideologicznie bytem od PRL‑u, to wyłącznie dlatego, iż w swoich wschodnich posiadłościach Francuzi nie upierali się aż tak bardzo przy wprowadzaniu wszystkich nowinek rewolucji – a i tak wprowadzili ich wiele. To właśnie Napoleonowi zawdzięczamy wprowadzenie po raz pierwszy w historii Polski tak szkodliwej nowości, jak ślub cywilny i rozwód. Zresztą cały kodeks praw Księstwa stanowił niewyobrażalną dla nas dzisiaj rewolucję mentalną. Oznaczał on bowiem przekreślenie całego dorobku polskiej tradycji prawnej, której najbliższą dzisiaj analogią byłoby brytyjskie common law – tak odległe od sztywnych kodeksów prawnych panujących na kontynencie. I właśnie ta tradycja została zastąpiona już na zawsze przez system prawa kontynentalnego, co sprawiło, że dziś ledwo jesteśmy w stanie zrozumieć schematy myślenia naszych przodków.

Powyższy tekst jest tylko FRAGMENTEM artykułu opublikowanego w magazynie "Polonia Christiana".

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie