Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
03   KWIETNIA   2020 r.
Św. Ryszarda, biskupa
Św. Sykstusa, papieża
Św. Ryszarda, biskupa
Św. Sykstusa, papieża

Pierwszy Piątek
Imieniny obchodzą:
Jakub, Pankracy
 
Polonia Christiana nr 56       FELIETONY

Pokopani rycerze

Pokopani rycerze

Przed wiekami prawdziwymi idolami byli rycerze trzymający się kodeksu. Nie wolno było im łgać ani stchórzyć, musieli stawać w obronie słabszych i być wierni Bogu oraz koronie. To jednak wzorzec przeszłości, zaklajstrowany przez współczesny świat nowymi „bohaterami”.

 

Co oznaczało rycerstwo oraz kim był rycerz dla współczesnej jego czasów ludności, znakomicie oddają słowa kronikarza Jana Długosza, który niemal całą pełnię ówczesnych uczuć w stosunku do idoli w żelaznych zbrojach, zawarł w zaledwie kilku zdaniach opisu słynnego Zawiszy Czarnego.

 

Nie tylko w tej bitwie, w której pojmany zginął, ale we wszystkich wyprawach okazywał się rycerzem dzielnym i znakomitym, słynął odwagą i wielkimi czynami, w których nikt mu nie dorównywał. Był zaś w mowie słodki i ujmujący, tak że nie tylko ludzi zacnych i szlachetnych, ale barbarzyńców nawet swoją uprzejmością zniewalał. Miał przede wszystkim ten rzadki w sobie przymiot, że jak w bitwie najśmielszy zapał, tak w radzie najumiarkowańszą okazywał rozwagę. Godzien za swe bohaterskie dzieła nie moich słabych, ale i Homera samego pochwał.

 

Niemal dokładnie te same przymioty, które wymienił Długosz, nadawał bohaterom Trylogii Henryk Sienkiewicz. Byli więc oni bitni, odważni i dokonywali wielkich czynów, a odłożywszy na bok szable, okazywali się wzorem taktu, kultury i honoru.

 

Ideały te jednak zaledwie szczątkowo przetrwały do czasów nam współczesnych, w których popkultura usiłuje dowodzić, iż okres średniowiecza był czasem zaskorupienia, biedy, wyzysku i nagiej brutalności. Ta sama popkultura do rangi idoli wynosi dziś celebrytów, czyli osoby znane głównie z tego, że są znane, gwiazdy ekranu oraz wyimaginowanych superbohaterów. Znakomitego przykładu owego upadku obyczajów polegającego na postrzeganiu show-biznesu jako szczytu drabiny społecznej dostarcza świat piłki nożnej.

 

Papież, Sinatra i futbol

Nie trzeba być wielkim znawcą kopanej piłki, by się przekonać o wielkiej sile tego sportu – o jego niewiarygodnej wręcz mocy społecznej. Na punkcie futbolu szaleją miliony ludzi na całym świecie, czego dowodem są ogromne pieniądze, jakie przepływają przez konta działaczy piłkarskich i samych kopaczy. Świat piłki nożnej to niemal suwerenne władze, to wykreowani bohaterowie, to celebry wielkich meczy, które w opinii fanów tego sportu zmieniły świat.

 

Piłka nożna to także manifestacja polityczna. Przykłady? Proszę bardzo: rzymski klub Lazio nie przez przypadek kojarzy się z faszyzmem, a A.S. Livorno – z sierpem i młotem. Ale co tam polityka, futbol jest również dla wielu niemal religią: ma swoich kapłanów (piłkarze oraz trenerzy), świątynie (stadiony) oraz rytuały (hymny, style kibicowania). Piłka nożna to wreszcie styl życia, bo przecież mimo ogromnej komercjalizacji tego sportu, w Anglii wiele meczy nadal odbywa się w sobotę o godzinie trzeciej po południu, czyli wbrew zakusom speców od marketingu dążących do przeniesienia ich na nieco późniejsze godziny, ale za to w zgodzie z piłkarską tradycją tego kraju, bo przed dekadami właśnie o tej godzinie robotnicy prosto z fabryki udawali się na stadion.

 

Społeczną moc piłki doskonale oddał Urugwajczyk Alicide Gigghia – piłkarz, który w pamiętnym finale Mistrzostw Świata w Brazylii w 1950 roku na legendarnym stadionie Maracana wpakował piłkę po raz drugi do bramki gospodarzy, przyprawiając kibiców o prawdziwą rozpacz.

 

Tylko trzy osoby uciszyły Maracanę – mówił po latach człowiek z koszmarnych snów brazylijskich fanów piłki nożnej – Jan Paweł II, Sinatra i ja.

 

Trudno więc zaprzeczyć, że ludzie odgrywający kluczową rolę na piłkarskich boiskach, są nowym wcieleniem dawnych bohaterów w zbrojach. Budzą powszechne zainteresowanie, krążą o nich legendy. Fan Barcelony – bez względu na płeć i wiek – musi mieć koszulkę jej gwiazdora, Leo Messiego, a kibic Realu Madryt nie obejdzie się bez trykotu najdroższego piłkarza tego klubu, Cristiano Ronaldo.

 

Skąd wzięli się ci ludzie? I jakie przekazują wzorce?

 

Dżentelmeni na boisku

Powszechny jest mit, że piłka nożna to sport plebejski. Zgodnie z tym stereotypem uboższe warstwy społeczne miały poszukiwać rozrywki w kopaniu kuli, co bardzo szybko stało się popularnym sposobem spędzania wolnego czasu. Tak, to tylko mit. Było bowiem zupełnie inaczej. Piłka zaczęła zdobywać popularność w drugiej połowie XIX wieku. Grali w nią przede wszystkim ludzie zamożni. Popularyzowano ją na uniwersytetach, w szkołach lub przy świątyniach. Stowarzyszenia zrzeszające pasjonatów tej gry powstawały również przy parafiach katolickich, choć oczywiście w Anglii – bo to tam właśnie narodził się ów sport – głównym mecenasem zawodów polegających na uganianiu się za piłką były wspólnoty anglikańskie.

 

Piłkarscy popularyzatorzy – jeszcze raz podkreślmy, że byli to ludzie zamożni, świetnie wychowani i wykształceni – dostrzegali nawet w futbolu szansę na restaurację rycerskiego kodeksu. Instynktownie wyczuwano bowiem konfrontacyjny charakter piłki nożnej (do dzisiaj nierzadko stosuje się w tej sferze wojskową terminologię). Z kolei to, co znamy pod terminem zasad fair play, miało być właśnie ożywieniem ideałów średniowiecznego rycerza.

 

Kluby piłkarskie będące obecnie wielkimi przedsiębiorstwami, powstawały na przełomie XIX i XX wieku – często najpierw jako związki amatorskie mające kształtować tężyznę fizyczną u mężczyzn. Dopiero po kilku, kilkunastu latach profesjonalizowały się, zaczynając wypłacać piłkarzom gaże, co doprowadziło w końcu do narodzin zawodu piłkarza. Nim to się jednak stało, dobrowolne stowarzyszenia piłkarskie, czyli amatorskie kluby, stanowiły często wręcz emanację zasad, dobrych obyczajów, taktu, uczciwości i rycerskich manier tak, że ich członkowie – parafrazując cytowanego Długosza – byli w stanie nawet barbarzyńców zniewalać swoją grzecznością. Tak było badaj z najsłynniejszym tego typu stowarzyszeniem powstałym w Anglii, mianowicie: Corinthian Football Club, którego członków popularnie nazywano Koryntczykami. Grający w nim amatorsko dżentelmeni robili furorę w ówczesnym świecie piłki. To była piłkarska elita, grupa znakomitych mężczyzn, którzy ze swojego stowarzyszenia uczynili coś, co we współczesnej piłce nie miałoby racji bytu: bractwo skupiało nie tylko najlepszych piłkarzy, ale także ludzi reprezentujących określony system wartości.

 

O elitarności tej ekipy świadczy chociażby podziw, jaki dla Koryntczyków wyraził doktor fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, Jan Weyssenhoff w książce Sztuka gry w piłkę nożną. Jego zdaniem, byli oni swoistą reprezentacją najlepszych zawodników wszystkich amatorskich klubów. Autor zachwyca się zresztą nie tylko ich piłkarskimi umiejętnościami, lecz również wielką klasą osobowości. Najsławniejszym chyba z nich i najlepszym podobno futbalistą wszystkich czasów był Gilbert Oswald Smith (…). Skończył uniwersytet w Oxfordzie, był dwadzieścia jeden razy reprezentatywnym centrem napadu w Anglii – czytamy w książce Weyssenhoffa. A w innym miejscu: Członkowie Corinthian uchodzą od dawna za wzór prawdziwych sportsmenów amatorów.

 

Takie to były czasy, że krzewiący postrycerskie fair play Koryntczycy zyskali na popularności więcej niż piłkarska reprezentacja Anglii. Popularyzowali oni ten sport wraz z przypisywaną mu wówczas elegancją w wielu krajach Europy i świata. Niestety, późniejszym piłkarzom nie zostało wiele z owej elegancji. Skutkiem profesjonalizacji piłki nożnej były nowe rozwiązania taktyczne prowadzące do sytuacji, w której sport ów z wielkiej bitwy między dwiema drużynami stał się partią szachów – nie zawsze efektowną, ale z definicji efektywną. Bo jedynie zwycięskie gole przynoszą pieniądze, przyciągają reklamodawców i generują ogromne zyski za telewizyjne transmisje. Wystarczy tylko przypomnieć, że w pierwszym meczu międzypaństwowym w roku 1872, w którym spotkały się Anglia i Szkocja, obydwie drużyny posłały na boisko przede wszystkim bramkostrzelnych napastników (kolejno: siedmiu i sześciu), a zaledwie jako niewinne zabezpieczenie – malutką grupkę pomocników i obrońców. Dopiero w latach dwudziestych XX wieku słynny trener Arsenalu, Herbert Chapman zaczął nieco mieszać w szykach, zwiększając liczbę obrońców i podkreślając rolę gry defensywnej.

 

Koniec karnawału

Gwałtowny rozwój piłki nożnej nastąpił już po drugiej wojnie światowej, ale tak naprawdę im szybciej rozwijały się media elektroniczne oraz marketing, tym bardziej w centrum uwagi stawiano piłkarzy. Kreowano ich na bohaterów masowej wyobraźni – kochano, ale i nienawidzono. Czy słusznie? Uwielbiany przez Argentyńczyków Diego Maradona był w istocie boiskowym cwaniaczkiem i wielkim pyszałkiem – niewiele, przyznajmy, zostało w nim z krzewionych przez dżentelmenów obyczajów. Zresztą południowoamerykańscy kibice zwykli popadać z jednej skrajnej emocji w drugą. Wyraźnie świadczy o tym choćby przypadek kolumbijskiego obrońcy, Andre Escobara – niezłego piłkarza, którego spotkał tragiczny w skutkach pech. Podczas turnieju mistrzostw świata w roku 1994, w meczu ze Stanami Zjednoczonymi strzelił… samobójczego gola. Kibice byli wściekli i to do tego stopnia, że później podczas meczy międzynarodowych, wieszali transparenty: Andre Escobar – Kolumbia nigdy ci tego nie zapomni. I nie zapomniała – Andre Escobar został zastrzelony przed jednym z barów w kolumbijskim Medellin.

 

Rosnąca popularność piłki nożnej i jej uzawodowienie, a wkrótce wzrost płac, jaki nastąpił w poszczególnych klubach, sprawiły, iż futbol przestał być wyłącznie pasją, a stał się rzemiosłem. Zasady fair play i elegancja w grze zostały więc pogrzebane. Jeszcze przez kilka dekad po wojnie można było mówić o piłkarzach grających elegancko – czyli możliwie czysto i z zachowaniem reguł gry. Za takiego uchodził chociażby słynny niemiecki napastnik święcący największe tryumfy w latach siedemdziesiątych – Gerhard Mueller. W Polsce zaś za dżentelmena stadionów uchodził bramkostrzelny Włodzimierz Lubański. Były to jednak zaledwie pozostałości rozrywki, której początek dali angielscy dżentelmeni.

 

Można powiedzieć, że na pewnym etapie w piłce odrzucono gronostaje, bo karnawał się skończył. Zaczął się za to poważny biznes, który eksplodował na przełomie XX i XXI wieku, gdy kluby zaczęły płacić astronomiczne kwoty za transfery zawodników.

 

Obecnie łamanie zasad fair play i ostra gra wiążąca się z dużą ilością fauli uchodzą niemal za element taktyki. Prowokacje, chamskie zagrywki czy wzajemne obrażanie się na boisku bywają po prostu sposobem na wytrącenie przeciwnika z równowagi. Najgłośniejszy w ostatnich latach przykład prowokacji chamskim zachowaniem dał włoski obrońca, Marco Materazzi podczas finału Mistrzostw Świata w Niemczech, w roku 2006. Włosi grali wówczas przeciwko Francji, a słynny rozgrywający trójkolorowych, Zinedine Zidane, tym ostatnim – a być może najważniejszym w karierze – meczem kończył swoją przygodę z reprezentacją. Materazzi postanowił się go pozbyć z boiska, obrzucając stekiem wyzwisk. Zidane zareagował brutalnie – uderzył zawodnika głową, celując prosto w klatkę piersiową. Francuz musiał opuścić karnie boisko, a drużyna, której był liderem, przegrała mecz. Za innego łamacza zasad uchodzi z kolei jeden z najlepszych obecnie napastników świata, Luis Suarez grający w hiszpańskiej FC Barcelona. Piłkarz ten nie tylko często symuluje faule, wymuszając na przykład przyznanie swojej drużynie rzutu karnego, ale również ostro atakuje obrońców… wbijając im zęby w ramiona. Dwukrotnie już pogryzł w ten sposób zawodnika przeciwnej ekipy. Co nim kieruje? Trudno odpowiedzieć, bo nie wie tego nawet sam Suarez, który na co dzień jest podobno troskliwym mężem i opiekuńczym ojcem.

 

Futbolowy high life

Za sprawą popularności piłki nożnej kopacze stanowią obecnie niemal elitę tego świata. Choć wielu nie reprezentuje żadnych konkretnych wartości, a uchodzą po prostu za rzemieślników, świetnie operujących piłką, stają się idolami, ba, wręcz autorytetami. Zarabiając miliony euro, korzystają z życia bezwzględnie i do szaleństwa. Słyną z imprez i nocnego życia, a kobiety zmieniają niemal co tydzień. Równocześnie traktowani są przez swoich fanów jak ci, którzy biją się o ich sprawę – dobro klubu lub reprezentacji. Wymaga się od nich odwagi, wkładania głowy tam, gdzie przeciętny śmiertelnik obawiałby się włożyć nogę oraz wylewania siódmych potów na meczach, które obecnie rozgrywa się często co trzy dni.

 

Piłkarska sława jest zatem ogromna, problem jednak w tym, że często dotyczy raczej kolejnych ekscesów poszczególnych futbolistów. Dzisiaj mało kto uważa za atrakcyjne krzewienie reguł fair play czy walkę ofiarną, ale z właściwym umiarem, tak, by sport był pasją, ale nie wykańczającym zdrowie zawodem. Tymczasem obecnie piłkarze stali się swoistymi „rycerzami” egalitarnego społeczeństwa. Dowodzą jednak przede wszystkim, że trening i poświęcenie mogą prowadzić do ultrawysokich zarobków, pozwalających kupować coraz to droższe samochody czy zdobywać coraz piękniejsze kobiety. Łudzą w ten sposób masy symbolicznym awansem społecznym, jaki wyznaczać ma suma zer na koncie.

 

Na taką „rycerską” sławę kwaśno spojrzałby nie tylko Długosz wychwalający przymioty rycerza Zawiszy, ale także wszyscy, którzy dzięki własnej pasji popularyzowali przed laty futbol jako wyśmienitą rozrywkę. Wspomnianych Koryntczyków, tak chwalonych przez doktora Weyssenhoffa, dzisiaj uznawano by za nieszkodliwych wariatów, jeśli nie za naiwniaków, nie mówiąc już nawet, że najpewniej nie zarabialiby ani pensa. A przecież przed mniej więcej stu laty robili wielką furorę. No, ale czy ktokolwiek podziwia współczesnych piłkarzy za skończone szkoły, maniery i krzewienie fair play? To wydaje się nawet bardziej passé niż sława wielkiego Zawiszy.

 

Krzysztof Gędłek

 

Artykuł został opublikowany w 56 nr. magazynu "Polonia Christiana"

 

 

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie