Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
06   LIPCA   2020 r.
Św. Marii Goretti, męczennicy
Bł. Marii Teresy Ledóchowskiej
Św. Marii Goretti, męczennicy
Bł. Marii Teresy Ledóchowskiej
Imieniny obchodzą:
Dominika, Łucja, Teresa
 
Polonia Christiana nr 54       CYWILIZACJA

Prosta recepta na Rzeczpospolitą

Prosta recepta na Rzeczpospolitą

Odpowiedź na pytanie, co robić, by w Polsce było lepiej, jest krótka i treściwa: rodzić dzieci i gromadzić broń. W tej hierarchii i kolejności.

 

Jakże często spotkania otwarte z dziennikarzami czy różnego rodzaju prawicowymi działaczami kończą się niemalże sakramentalnym pytaniem: co robić? Wszyscy chcą łatwej i – co ważniejsze – konkretnej odpowiedzi. Takiej odpowiedzi, po której będziemy mogli zakasać rękawy i w końcu wziąć się do roboty. Ponieważ wszyscy mają dość szarzyzny życia i mierzonej w latach świetlnych odległości pomiędzy ideałami, które nas rozgrzewają, a codzienną praktyką życia.

 

W Polsce nadal około czterdzieści procent społeczeństwa poważnie podchodzi do spraw wiary. Mamy znaczącą liczbę mediów określających się jako „konserwatywne”. W polityce nadal jesteśmy w stanie atakować pozycje liberalne, a nie tylko spowalniać marsz postępu przez kolejne dziedziny życia społecznego czy rodzinnego. Niestety, to nie wystarczy. Deklaracje, a nawet prawdziwe działania podejmowane w celu obrony naszej tradycji i kultury nie wystarczą. Mogą mieć znaczenie z punktu widzenia spraw bieżących, jednak nie powstrzymają trendu, który jest nieubłagany. Wymieramy.

 

Dopiero po otwartości na życie można poznać nasze nastawienie moralne – to prawdziwe, nie to deklaratywne. Cóż nam z młodych katolików przyznających się do wiary i miłości ojczyzny, z ich deklaracjami gotowości jej obrony z narażeniem życia, jeśli w praktyce nie są oni gotowi zaryzykować obniżonego standardu życia dla kolejnego potomka? Cóż nam z młodych patriotek zaczytujących się życiorysami Inki bądź innych bohaterek z okresu drugiej wojny światowej czy walki z bolszewickim okupantem, jeśli nie są one gotowe zaryzykować zdrowia czy urody dla urodzenia dziecka? Jak możemy pokładać ufność w młodych małżeństwach uczestniczących w wielu rekolekcjach lub inicjatywach duszpasterskich, jeśli wbrew swemu powołaniu wynikającemu z dobrowolnego przyjęcia sakramentu małżeństwa postanawiają one nie mieć dzieci (ewentualnie odwlekają ich poczęcie), by całkowicie poświęcić się nowej ewangelizacji?

 

Niestety, nie są to pytania retoryczne. Odnajdują w nich Państwo zapewne wielu spośród swoich, skądinąd dobrych przyjaciół czy członków rodzin. Widzimy – co gorsza – w tych pytaniach również siebie. Własne strachy i słabości.

 

Talium est regnum Dei

Mówimy o Tradycji – tej przez duże „T”. Znamy dawnych autorów, zachwycamy się błyskotliwością ich myśli. Smakujemy nasze „możności”. Bo w możności jesteśmy bohaterami, świętymi, doskonałymi politykami. Co niektórzy naprawdę uważają się za gotowych do męczeństwa. Tymczasem nie jesteśmy gotowi zaprzeć się samych siebie na tyle, by otworzyć się na dar życia.

 

Nasi babcie i dziadkowie przyjmowali dzieci z radością, jako Boże błogosławieństwo. Też mieli swoje obawy; żyli w czasie stalinizmu czy wojny. To ich jednak nie powstrzymywało. Ich normy dziś nierzadko uważa się za patologię. I to wcale nie w liberalnych mediach, lecz w naszych duszpasterstwach. Ewentualnie z łaski uznaje się ją za heroiczność cnót. Co nie jest pochwałą dobra, lecz nazbyt często własnym samousprawiedliwieniem: Wszak nie każdy jest powołany do tego stopnia heroizmu. Jak łatwo zapominamy, że Bóg powołuje nas do swego królestwa zawołaniem: Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie; niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Łk 9. 23). Krzyż – nie pluszowy, jednak zarazem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie (Mt 11, 30). A kto nie chce swego krzyża nieść, ten często kończy, wlokąc go za sobą.

 

Sama otwartość katolików na życie zawsze przerażała wrogów Kościoła. Bóg jest życiem i miłością, i z samej swej istoty „pragnie”. Pragnie, byśmy poprzez miłość powoływali we współpracy z Nim życie na szczęśliwość wieczną.

 

Jednak samo powołanie życia nie wystarczy, byśmy mogli w dniu śmierci, ufając w Łaskę Bożą, spokojnie zamknąć oczy. Naszym zadaniem, wcale nie mniejszym, jest również kształcenie i wychowywanie. Na szczęście świadomość tego jest w Polsce duża – tu ludzie mają w zwyczaju troszczyć się o własne dzieci nie tylko materialnie. Jednakowoż to też nie wystarczy, aby utrzymać możliwość wychowywania własnych dzieci w zgodzie z Prawdą objawioną, aby utrzymać możliwość otwartego głoszenia Ewangelii i aby zachować własną państwowość nie tylko de iure, ale również de facto, gdyż jest ona niezbędna do ochrony narodu i Kościoła w tej części Europy.

Do tego potrzebna jest broń. Bez niej grozi nam we własnym kraju niewola babilońska.

 

Ultima ratio

Ktoś oburzony zapyta:

– Broń jako forma ochrony dla wiary katolickiej?

Tak! Dziś niejednego może to zdziwić. Jednak jeśli spojrzymy wstecz, łatwo zrozumiemy – wszak historia jest nauczycielką życia – że nie ma możliwości zachowania wolności Kościoła bez uzbrojonych katolików. Nie jest to żadna aberracja, tylko świadome realizowanie swojego powołania.

Kościół nie tylko nigdy nie zniechęcał do używania broni w służbie dobra, a wręcz do tego zachęcał. Wszak ojciec rodziny ma obowiązek bronić swoich dzieci i żony przed napaścią. Żołnierz ma obowiązek obrony granic kraju. Święty Jan Chrzciciel na pytanie ze strony żołnierzy: co mają czynić, by się zbawić, odrzekł, by poprzestawali na żołdzie, a nie, by zmienili profesję. Święty Piotr, gdy użył miecza noszonego za wiedzą i przyzwoleniem Pana Jezusa, nie usłyszał: Oddaj go oprawcom, tylko: Schowaj miecz do pochwy (J 18, 11). Ani w Piśmie Świętym, ani w Tradycji nie znajdziemy potępienia obrony czy walki samej w sobie. Znajdziemy obietnicę przekucia mieczy na lemiesze – jednak nie przed końcem czasów. Wręcz przeciwnie – znajdziemy Pochwałę nowego rycerstwa świętego Bernarda z Clairvaux.

 

Naszym obowiązkiem jest nie tylko dobre życie w sferze prywatnej. Naszym obowiązkiem jest również dołożenie starań, aby publiczna przestrzeń była tak ukształtowana, by przyszłe pokolenia nie płaciły naszych rachunków. Bo za błędy jednego pokolenia następne płacą krwią. W dziejach naszej ojczyzny jest to prawda aż nadto empirycznie sprawdzona. Jednakże nie wszystkich błędów możemy uniknąć. Przywiązanie do tradycji oręża może być tym wentylem bezpieczeństwa, który umożliwi następnym pokoleniom obronę przed skutkami naszych zaniechań. Tak aby w niesprzyjających okolicznościach mogły one spokojniej patrzeć w przyszłość. Wołajmy więc wspólnie do siebie nawzajem: Ad arma! (do broni), aby nasze dzieci mogły swym wrogom spokojnie odpowiedzieć na groźby: Molon labe! (przyjdź i weź).

 

Dzieci są widocznym znakiem pobożnego życia wiernych. Widoczną łaską dla rodziców i dziadków. Ci ostatni łatwiej to widzą poprzez pryzmat własnego życia. Synowie synów koroną starców – mówi Stary Testament (Prz 17, 6). Niestety, w ustach ojca, który sam nie chciał dzieci przyjąć jako Bożego daru (ślubuję przyjąć i po katolicku wychować) tylko – przepraszam za wyrażenie – zaplanował i zrobił sobie z żoną tyle, na ile miał ochotę, żadne zachęty dla syna nie będą brzmiały przekonująco.

Podobnie w ustach kapłana, który unika krzyża konfesjonału, a i resztę swojego życia kapłańskiego układa, biorąc pod uwagę swoje siły, a nie radykalizm ewangeliczny oparty na Łasce, wszelkie słowa zachęty również wypadają blado. O zgrozo, kursy przedmałżeńskie również niestety koncentrują się na „odpowiedzialnym rodzicielstwie”, jak nie przymierzając politycy na „zrównoważonym rozwoju”. Cała współczesność krzyczy przeciw licznym rodzinom – lecz nie Bóg. On nam powiedział: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię (Rdz 1, 28). Nie było mowy o samorealizacji czy o odpowiedzialnym rodzicielstwie. Więc wypełnijmy ten nakaz Boży. W przeciwnym razie spełnią go pomiędzy Odrą a Bugiem wyznawcy islamu. Tak samo, jak to czynią nad Nilem i Eufratem, nad Sekwaną i Renem.

 

Exempla trahunt

Broń stanowi widomy znak wolności społeczeństwa i jego oddania własnym ideałom. Afryka donatystów w IV–V wieku po Chrystusie była pełna gorliwych i pewnych swych racji chrześcijan. Jednak nie znaleźli oni w sobie dość siły, by walczyć w obronie Prawdy. Dlatego – trawestując lekko słowa Jacka Kowalskiego – dziś ich kościoły puste są i nikt tam do Mszy nie staje. Nasi przodkowie doskonale rozumieli, że aby mogły stać klasztory franciszkańskie, katedry czy uniwersytety, musi istnieć Antemurale Christianitatis. Musi stać Przedmurze Chrześcijaństwa, które z bronią w ręku będzie broniło wszystkiego, co ważniejsze. Ale nie kocham lśniącego miecza za ostrość jego stali – jak pięknie pisał Tolkien – nie kocham strzały za jej chyżość ani żołnierza za wojenną sławę. Kocham tylko to, czego bronią miecze, strzały i żołnierze.

 

Średniowiecze – katolicka Christianitas i Rzeczpospolita aż do trzeciego rozbioru, obfitowały w dzieci i broń. Za to wszędzie, gdzie wkraczała Rewolucja, znikały i dzieci, i broń. Zawsze pierwsze uderzenie trafiało w prywatne posiadanie broni. Później już bez oporu ze strony społeczeństwa urabiano dzieci (przynajmniej te, którym łaskawie pozwolono się urodzić) na własną, rewolucyjną modłę – na modłę Nowego Wspaniałego Świata. Właśnie dlatego prawdziwie wolna Polska powinna obfitować w dzieci, aby mogła trwać i głosić Ewangelię. W broń zaś powinna obfitować po to, by dzieci bezpiecznie mogły się wychowywać w wierze katolickiej.

 

Mam pełną świadomość, że wykład poucza, a przykład pociąga. Niestety, poprzez łamy prasowe możliwy jest tylko wykład, a dawanie przykładu to rzecz krucha, gdyż nie znamy swego końca. Na szczęście Ty, drogi Czytelniku, możesz dać przykład w swoim środowisku. Tak aby Kościół i Polska trwały na chwałę Bożą aż do końca czasów. Recepta podana powyżej ma same zalety. Jest krótka, prosta i można ją zastosować bez wielkich głosowań czy debat. Wystarczy konsensus małżeński i drobna modyfikacja planów, tak by uwzględniały one więcej radości w domu (to dzieci) oraz więcej czasu na wolnym powietrzu (to broń – na strzelnicy).

 

Cóż więc zrobić, by w Polsce było lepiej? Odpowiedź jest krótka i treściwa: dzieci i broń. W tej hierarchii i kolejności.

 

Jacek Hoga – prezes fundacji Ad Arma. Strzelec sportowy, trener szermierki historycznej, myśliwy, filister Korporacji Akademickiej Kujawja. Mąż i ojciec.

 

Tekst ukazał się w 54 numerze magazynu Polonia Christiana.

 

 

 

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie