Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
18   WRZEŚNIA   2019 r.
Św. Stanisława Kostki
Św. Józefa z Kupertynu
Św. Stanisława Kostki
Św. Józefa z Kupertynu
Imieniny obchodzą:
Stanisław, Irena, Stefania, Józef
 
Polonia Christiana nr 57       CYWILIZACJA

Przyszłość wśród maszyn. Komu potrzebni są ludzie?

Przyszłość wśród maszyn. Komu potrzebni są ludzie?

Kogo dziś dziwią zakupy w samoobsługowym supermarkecie? A przecież żyją jeszcze ludzie pamiętający otwarcie pierwszego w Polsce sklepu samoobsługowego. Każdy przypadek automatyzacji przestaje dziwić już po kilku latach. Istnieją jednak powody aby sądzić, iż wzbierająca kolejna fala automatyzacji będzie inna. Jesteśmy świadkami pełzającej rewolucji – w dosłownym tego słowa znaczeniu. Rewolucji, która wywróci społeczeństwo do góry nogami.

 

Niedawno, w centrum handlowym, byłem w jednym z fastfoodów, które rozpleniły się po polskich miastach. Pośród rozmaitych stoisk franczyzowych, głównie amerykańskich, było jedno szczególnie rzucające się w oczy – nazwę pominiemy, by uniknąć kryptoreklamy. Oto tam, gdzie dawniej tłoczyło się za ladami kilka, a w godzinach szczytu nieraz kilkanaście osób, dziś były trzy. Z tego tylko jedna przy kasie, a pozostałe dwie pełniły wyłącznie funkcję pakowaczy posiłków. Na ekranie wyświetlał się numer kolejnego klienta, ten podchodził, odbierał swoje zamówienie i odchodził. Nieraz bez jednego słowa. Ale zamówień było znacznie więcej, niż mogłaby obsłużyć ta jedna kasjerka – a brały się one z ustawionych przed stoiskiem automatów z dotykowymi ekranami.

 

Faktycznie – po co ludzie, którzy a to nie dosłyszą zamówienia, a to coś źle zapiszą, gdy można po prostu samemu nacisnąć palcem na obrazek? Przecież fastfood to nie restauracja, gdzie każde zamówienie ma być wyjątkowe i dostosowane do osoby. Tu liczy się szybkość, powtarzalność i przewidywalność. Tu automat działa lepiej niż człowiek. Maszyna – sprawdziłem to – miała tylko jedną wadę, która akurat w moich oczach ją dyskwalifikowała. Nie było możliwości zamówienia napoju bez lodu. Cóż, w następnej wersji pewnie doszlifują oprogramowanie. Albo i nie, bo ograniczanie opcji do najpopularniejszych jest nieodłączną cechą automatyzacji. Dla automatu indywidualizm jest grzechem.

 

Maszyny dla ludzi czy ludzie dla maszyn?

Na kanwie tego – za kilka lat pewnie zupełnie codziennego widoku – warto zauważyć dwie rzeczy odnoszące się do zarówno najnowszych, jak i dawniejszych przypadków automatyzacji. Ludzi usuwa się najpierw ze stanowisk kontaktowych, w których najbardziej ceniliśmy sobie obecność człowieka, widok uśmiechniętej twarzy i możliwość zadania pytania. Czy to w fastfoodzie, czy w supermarkecie, czy na stacji kolejowej – podczas transakcji tracimy możliwość kontaktu z człowiekiem. Zyskujemy na precyzji zamówienia, jednak tracimy na indywidualizacji.

 

Ale również i tutaj komputery już mają rozwiązanie – dziś prawie każdy sklep internetowy podpowiada nam na podstawie wcześniejszych zakupów, tudzież danych zakupionych o nas pokątnie z innego źródła, co może się nam spodobać, a co nie. Problemy z tym związane – na przykład etyka zbierania takich informacji – to osobna historia. Śmiertelnie poważna ze względu na zagrożenie totalitaryzmem w sytuacji, w której socjaldemokratyczny rząd posiądzie pełną wiedzę o naszych transakcjach.

 

Na razie jednak ograniczmy się do spostrzeżenia, iż z sytuacji kontaktowych i decyzyjnych usuwa się ludzi. Trwają tylko tam, gdzie komputery i automaty zawodzą. Człowiek bowiem wciąż jeszcze wydajniej pakuje jedzenie do papierowej torebki, o smażeniu hamburgera nie wspominając. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że nastąpiło tu swoiste odwrócenie hierarchii ważności – bo skoro obsługa sklepu otrzymuje zamówienia przez komputer, a z faktycznym klientem nieraz nie ma nawet okazji zamienić choćby jednego słowa, to ludzie nie pracują już dla ludzi, lecz dla komputera.

Druga uwaga na temat tegoż procesu jest krótsza, ale o ile ważniejsza: ludzie trwają na stanowiskach wymagających zręczności wyłącznie dlatego, że jeszcze nie opracowano technologii, która ich może zastąpić. Gdy tylko taka technologia się pojawia, ludzie ostatecznie z całego procesu znikają – pozostaje tylko nieliczna garstka menedżerów i innych przełożonych. To zaś ma daleko idące konsekwencje…

 

Tsunami bezrobocia

Przez ostatnie pół wieku państwa trzeciego świata, zwłaszcza Chiny, Indie i Wietnam, rozwijały się w dramatycznym tempie dzięki temu, iż opłacało się zachodnim firmom przenosić tam produkcję. Szycie butów jest czasochłonne, ale nie wymaga wielkich umiejętności – po co więc płacić wysokie koszta zatrudnienia w Europie, gdy można to samo zrobić taniej w Chinach? Tymczasem, w połowie 2016 roku jeden z typowych reprezentantów tego procesu, niemiecki Adidas, ogłosił, iż powraca z produkcją do Niemiec. Jak to? Zatrudnią znowu niemieckich pracowników? Czyżby firma postanowiła patriotycznie przełknąć wyższe koszta dla dobra rodzimej gospodarki? Oczywiście, że nie. Po prostu teraz nareszcie mają automaty, które zastąpią ludzi przy taśmie produkcyjnej.

 

Podobne zmiany zachodzą w każdej branży. Skutki są różne. Nie cierpimy automatycznych sekretarek, które nam każą przedzierać się przez dziesiątki opcji. Z drugiej strony, nikt nie tęskni za staniem w kolejce do okienka w banku, gdy można swoje sprawy załatwić przez internet. Z żalem myślimy o zaniku tradycyjnych rękodzieł, a zwłaszcza gdy chodzi o regionalne tradycje. Maszynowa produkcja, nawet jeśli nie ustępuje jakością, to z pewnością ustępuje brakiem duszy. Ale z drugiej strony, jakże wiele jest w naszych domach rzeczy, które sto lat temu byłyby drogocennym luksusem.

Historia automatyzacji produkcji i usług nie jest bynajmniej litanią zbrodni przeciwko ludzkiej pracy i ludzkości społeczeństwa. To historia pomysłowości, chęci przełamania ograniczeń i popychania gospodarki do przodu. I to nie tylko przez chciwość, ale często przez godną pochwały chęć lepszego wykonywania swojej pracy, aby tym lepiej służyć klientom i społeczeństwu. Jest to też historia uwolnienia ludzi od wykonywania prac zbędnych. Bo kto miałby żałować pracy operatorek telefonicznych, którym trzeba było tłumaczyć, gdzie i do kogo dzwonimy? Albo pracy latarnika miejskiego, który o zmroku zapalał wszystkie lampy uliczne?

 

Zawodów żałować? Nie. Ale co z ludźmi, którzy te prace wykonywali? Wróćmy znowu do Adidasa. Azjatyckie fabryki tej firmy zatrudniają około miliona pracowników. I nie chodzi przecież o wykształconych profesjonalistów, którzy z łatwością znajdą innego pracodawcę. Przeciwnie: podobnie jak wcześniej przenoszenie produkcji z Europy do Azji, tak dziś automatyzacja uderzy w dolne warstwy społeczeństwa. W ludzi, którzy nie posiadają szczególnych kwalifikacji i nie są w stanie przetrwać bez pracy kilku miesięcy. Wiemy dobrze, że masowa utrata pracy wśród ludzi, którzy pracują przy taśmie, nie będzie dla nich radosnym wyzwoleniem, ale katastrofą życiową, z której wielu nie zdoła wyjść samodzielnie.

 

A ilu tych ludzi będzie? Jeśli jeden Adidas zatrudnia milion pracowników, ilu zatrudniają inne fabryki, również w Polsce? Ilu pracuje za kasą w fastfoodzie i na innych podobnych stanowiskach, których za chwilę nie będzie? Niektórzy szacują, że do połowy obecnego stulecia na świecie może zniknąć nawet połowa obecnych miejsc pracy. To nie będzie fala bezrobocia. To będzie tsunami.

 

Oczywiście, wiele z tych miejsc pracy zostanie z czasem zastąpione przez nowe. Między innymi być może zobaczymy powrót zawodów usługowych, które wcześniej zniknęły na skutek ubożenia społeczeństwa – od guwernantek po służbę domową. Również niektóre technologie, które popychają do przodu automatyzację, jednocześnie obiecują nowe możliwości dla drobnych przedsiębiorców czy rzemieślników. Jednak proces dostosowania będzie trudny i długotrwały, i przyniesie ze sobą zmiany społeczne równie wielkie, jak za czasów industrializacji. Jak sobie z tym poradzimy?

 

Nowy, lepszy człowiek czy upodlona masa?

Od czego właściwie zacząć w konfrontacji z takimi zmianami? Dla socjalistów odpowiedź będzie oczywista – trzeba regulować, zakazywać, trzymać się kurczowo każdego miejsca pracy, narzucać wysokie cła na importowane towary. Jednym słowem, trzeba zubożyć i upodlić społeczeństwo, aby dalej było tak, jak było. Dla liberałów odpowiedź jest równie oczywista – trzeba iść z prądem, cieszyć się z coraz to tańszych gadżetów, a co się tyczy tych, co tracą swój ekonomiczny byt… Cóż, skoro są niepotrzebni, wystarczy, że nie będą przeszkadzali. Gdy zaś klamka zapadnie i nawet socjaliści zobaczą, że tych procesów powstrzymać się nie da… Wówczas w życie wejdzie nowa, „lepsza” wersja ubezpieczenia dla bezrobotnych, jaką ponoć ma być powszechna państwowa pensja podstawowa. Ta propozycja to nie przyszłość, o tym już dzisiaj się mówi.

 

Pensja podstawowa już była: to nic innego jak nowe opakowanie dla rzymskiego panem et circenses. Gdy dla rzymskiego plebsu zabrakło pracy, gdy nie mieli już nawet komu się sprzedać w niewolę, państwo wspierało ich chlebem i zajmowało igrzyskami, aby się nie nudzili. Ta forma ubezpieczenia być może ratowała życie, ale lud rzymski stał się motłochem, do cna zdemoralizowanym, łatwo sterowalnym i leniwym. Nie sposób podpowiedzieć mądrych rozwiązań. Warto jednak przestrzegać przed zagrożeniami, które mogą zadać ostateczny cios naszemu narodowi. Przyszłość naszego narodu zależy od tego, czy i w jakim stopniu zostanie on uwolniony z krępujących go więzów socjalistycznego państwa.

 

Tak więc, ubezpieczony motłoch czy ryzykowna wolność – jaką przyszłość wolimy zostawić naszym dzieciom?

 

Jakub Majewski – twórca i badacz gier komputerowych, miłośnik historii i teologii.

 

Artykuł został opublikowany w 57 nr. magazynu POLONIA CHRISTIANA

 

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie