Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
PIĄTEK 10 KWIETNIA
Św. Fulberta, biskupa
Św. Michała de Sanctis
Św. Fulberta, biskupa
Św. Michała de Sanctis
Wielki Piątek
Imieniny obchodzą:
Makary, Michał
 

Rozwód gorszy niż śmierć rodziców

Data publikacji: 2020-01-30 07:01
Data aktualizacji: 2020-01-30 13:23:00
OPINIE
Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay.com (Ulrike Mai)

Czy rozwód zawsze jest złem? Czy nie lepiej się rozwieść niż do końca życia trwać w nieszczęśliwym małżeństwie „dla dobra dzieci”, które potem wypomną rodzicom, że zamiast się rozstać, męczyli się ze sobą? Czy można „dobrze” się rozwieść – tak, aby otoczyć dziecko, mimo rozstania, pełnią miłości mamy i taty?

 

W roku 2000 ukazała się książka Judith S. Wallerstein zatytułowana The Unexpected Legacy of Divorce, the 25 year landmark study (Nieoczekiwane dziedzictwo rozwodu – 25 lat przełomowych studiów). Profesor Wallerstein to postać o tyle niezwykła, że jest ona ekspertem pomagającym ludziom „dobrze się rozwieść”. Od kilkudziesięciu lat pracuje z rozwodzącymi się małżonkami i ich rodzinami. Prowadzi nawet wielkie centrum mediacji rozwodowych. W latach siedemdziesiątych postanowiła raz na zawsze naukowo udowodnić swoje racje i dowieść, że dobrze przeprowadzony rozwód nie jest groźniejszy w skutkach dla dziecka niż na przykład złamana ręka. Trochę boli, nawet mocno, ale potem czas leczy rany i wszystko wraca do normy. Dlatego objęła badaniem kilkaset dzieci osób, które przewinęły się przez jej centrum mediacji (a zatem doznały wszelkiej pomocy w jak najłagodniejszym przeprowadzeniu rozwodu). W kilkuletnich odstępach z każdym z dzieci prowadziła pogłębiony wywiad dotyczący ich relacji, osiągnięć szkolnych, wykształcenia, rodzicielstwa, pracy i tym podobnych.

 

W roku 2000 opublikowała kompletne wyniki swoich badań, które można streścić w jednym zdaniu: Rozwód jest najgorszą krzywdą, jaką możecie wyrządzić swojemu dziecku. I za to właśnie Judith S. Wallerstein zasługuje na szacunek. W przeciwieństwie do ideologów, mimo że wyniki badań zaprzeczyły jej założeniom, opublikowała prawdę.

 

Dzieci z rozbitych domów cierpią na więcej zaburzeń psychicznych, zdobywają gorsze wykształcenie, częściej popadają w nałogi, rzadziej zawierają związek małżeński i częściej rozwodzą się niż dzieci z rodzin pełnych. Co więcej, Wallerstein wykazała, że nawet śmierć rodziców jest mniej tragiczna w skutkach dla rozwoju dziecka niż ich rozwód.

 

Inaczej niż dzieci, które straciły rodziców wskutek choroby, wypadku lub wojny, dzieci z rozbitych domów, ze względu na porażkę rodziców, tracą potrzebny im wzorzec rodziny. Rozwodzący się rodzice mogą uznawać decyzję o zakończeniu małżeństwa za mądrą i odważną, za najlepsze lekarstwo dla swojego poczucia nieszczęścia (i tak może być), lecz dla dziecka rozwód ma jedno przesłanie: rodzice ponieśli porażkę w jednym z centralnych zadań dorosłości.

 

Czy społeczna akceptacja rozwodów zmienia cokolwiek?

Jak wyniki badań prowadzonych od lat siedemdziesiątych do roku 2000 mają się do dzisiejszej sytuacji rozwodników? Dziś powszechnie akceptuje się rozwód jako uzasadniony sposób poradzenia sobie z kryzysem małżeńskim. Istnieją już w tej chwili klasy złożone w przeważającej liczbie z dzieci z rozbitych domów. Rozwód jest normą, a dzieci rozwodników nie doświadczają społecznego ostracyzmu. A zatem można by się spodziewać, że negatywne skutki rozwodu powinny złagodnieć.

 

Pamiętajmy jednak, że w Stanach Zjednoczonych – miejscu przeprowadzenia badań – „rozkwit” liczby rozwodów zaczął się już pod koniec lat sześćdziesiątych. Co ważniejsze, badaczka wykazała, że nie tyle reakcja otoczenia, co sam fakt rozbicia rodziny wypala na dzieciach piętno. Świadomość, że w podobnej sytuacji są tysiące innych ludzi – nic nie zmienia. W dziecku zostaje zburzone zaufanie do rodziców, wiara w ich bezwarunkową miłość, zniweczone zostaje poczucie bezpieczeństwa. Znajoma Amerykanka, która jako dziecko przeszła specjalne warsztaty pomagające dzieciom w pogodzeniu się z rozwodem rodziców, ujęła to następująco: Wychodziliśmy z sali z uśmiechem, śpiewając piosenki, że rodzice nas kochają, a potem płakaliśmy w poduszkę, świadomi, że gdyby rodzice naprawdę nas kochali, to by się nie rozwiedli.

 

Wallerstein powtarza wielokrotnie na kartach książki: nie jest ważne, jak rozwód postrzegają dorośli. Nawet w środowiskach, w których rozwód jest normą, dzieci uważają rozpad małżeństwa rodziców za porażkę. Nie zmieniają tego nawet specjalnie przygotowane warsztaty, na których dowiadują się, że to powszechne doświadczenie, że miliony dzieci są w tej samej sytuacji. Dzieci z rozbitych domów mają wskutek tego wspólne (czasem odrzucane i głęboko ukryte) przekonanie: Nie ma czegoś takiego jak trwałe małżeństwo – porażka jest nieunikniona. Jak przyznaje autorka, niektórym osobom udaje się w końcu uwierzyć w możliwość stworzenia trwałego związku, najczęściej jednak dzieje się to po wielu latach, często po szeregu konkubinatów, czasem dopiero w drugim lub trzecim małżeństwie.

 

Fałszywe przekonania dotyczące rozwodu

Judith Wallerstein pisze: Dwa fałszywe założenia stanowią fundament naszych obecnych postaw wobec rozwodów. Pierwsze zakłada, że jeśli rodzice są szczęśliwsi, dzieci też będą szczęśliwsze. Nawet jeśli dzieci są zestresowane rozwodem, kryzys będzie przejściowy, ponieważ dzieci są elastyczne i zaradne, więc szybko się z tego otrząsną. O dzieciach nie myśli się w oderwaniu od rodziców; ich potrzeby, a nawet myśli są podporządkowane agendzie dorosłych. (…) Drugi mit opiera się na założeniu, że rozwód stanowi przejściowy kryzys, którego najbardziej raniące efekty ujawniają się w momencie zerwania. (…) Dorosłe dzieci z rozbitych rodzin mówią głośno i wyraźnie, że złość rodziców w momencie rozwodu nie była tym, co najbardziej zaważyło na ich życiu. O ile nie było przemocy, wysokiego poziomu konfliktu, mają tylko zamglone wspomnienia tego teoretycznie krytycznego momentu (…) Znaczące było wiele lat życia w porozwodowej lub wtórnej rodzinie – to poczucie smutku, samotności i złości w okresie dzieciństwa…

 

Przypomnijmy sobie, że „kulturalnie” przeprowadzony rozwód jest rzadkością. Regułę stanowi agresja wobec eksmałżonka, która może się ciągnąć latami. Jednak nawet jeśli rodzicom udaje się ułożyć opiekę nad wspólnym dzieckiem w przyjaznej atmosferze – według badań Wallerstein – niewiele to pomaga. Dzieci zwyczajnie schodzą na drugi plan. Rodzice muszą ułożyć sobie na nowo życie i nie są w stanie, mimo najlepszych chęci, zapewnić dziecku dobrych warunków rozwoju. Sytuacja, gdy jedno lub oboje rodziców wchodzi w kolejny związek, przynosi dodatkowe obciążenie dla dziecka. Rozwodnikom zależy, by drugi związek się nie rozpadł. Nie chcą przechodzić tego samego cierpienia po raz drugi. Okazuje się, że w stosunku do nowego partnera/partnerki są skłonni do o wiele dalej idących kompromisów niż wobec pierwszej żony/męża. W rezultacie, gdy powstaje konflikt między potrzebami dziecka z pierwszego małżeństwa a potrzebami nowego partnera lub dzieci z nowego związku – z reguły wygrywa nowa rodzina.

 

Jakie możemy z tego wysnuć wnioski? Przede wszystkim takie, że jeśli ktoś kocha swoje dzieci, powinien zrobić wszystko, by ocalić małżeństwo w kryzysie. Problem polega na tym, że gdy emocje zaćmiewają rozum, gdy na pierwsze miejsce u osób w kryzysie wychodzi podsycane przez współczesną kulturę przekonanie, że przede wszystkim trzeba zadbać o własne potrzeby, dzieci – wbrew deklaracjom – przestają być ważne. A zatem chyba jedyny logiczny wniosek to: dbać o małżeństwo od samego początku, by do kryzysu nie doszło.

 

 

Bogna Białecka – psycholog, stały współpracownik „Polonia Christiana”, redaktor portalu pytam.edu.pl.

 

 

Tekst został opublikowany w 72. numeru magazynu „Polonia Christiana”.

Aby go zamówić wystarczy kliknąć TUTAJ.

big_720.jpg (300×379)

 

 

Polecamy również debatę pt.

Dlaczego trzeba walczyć z plagą rozwodów?

Krystian Kratiuk i dr Tymoteusz Zych.

 

  

 
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie

Regulamin forum portalu PCh24.pl:

1) Na forum nie wolno umieszczać komentarzy które:

- promują zachowania dewiacyjne, sprzeczne z prawem naturalnym;

- obrażają wiarę katolicką i Kościół katolicki;

- zawierają wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.);

- zawierają informacje obarczające niesprawdzonymi zarzutami inne osoby (art. 23 Kodeksu cywilnego);

- przyczyniają się do łamania praw autorskich (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994r.);

- zawierają linki i adresy do stron WWW, dane osobowe, teleadresowe lub adresy mailowe

- są reklamami lub spamem (nie mają nic wspólnego z komentowanym artykułem)

- są bezpośrednimi, brutalnymi atakami na interlokutorów lub nawołują do agresji wobec nich

- są niestosowne w kontekście informacji o śmierci osoby publicznej bądź prywatnej

- zawierają uwagi skierowane do redakcji PCh24.pl. (za te ostatnie jesteśmy bardzo wdzięczni, prosimy jednak o kontakt mailowy, tylko wówczas mamy bowiem pewność, że trafią one do osób odpowiedzialnych za treść serwisu).

2) Wszystkie komentarze naruszające pkt. 1 niniejszego Regulaminu będą usuwane przez moderatora

 
Akwin
@M - psychologia, jako nauka społeczna, ma naprawdę dość niewielkie pole do osiągnięcia miarodajnych wyników - taka specyfika dyscypliny i jej metodologia i nic z tym nie zrobimy. To niestety nie matematyka, aby osiągać wiedzę pewną, obiektywną. Co do meritum - zgadzamy się. A skąd dysfunkcja i jak sobie radzić? To naprawdę jest bardzo rozległy temat. Pierwszy tropem jednak byłoby w moim wykonaniu prześledzenie podejścia do odpowiedzialności rozumianej jako świadoma decyzja i konieczność wzięcia zań odpowiedzialności. Mnie również było miło i pozdrawiam.
M
@Akwin W pełni zgadzam się z tym, o czym piszesz. Nie da się takiego złożonego problemu sprowadzić do dwóch barw - białej i czarnej a następnie porównywać. Dysfunkcje w rodzinach mogą być różne. Ludzie też rodzą się z różną psychiką - jedni bardziej wrażliwi a inni mniej. Patrząc jeszcze raz z dystansu, to zdarzają się pewne rzeczy, na które nie mamy wpływu. Trzeba je zaakceptować. Ażeby przyjąć, że dysfunkcje są złe - to chyba niepotrzebne nam badanie? Oczywiście, nie sposób negować wynik takiego badania. Ale proponowało czarnobiały szablon: dzieci/dzieci z rodzin dysfunkcyjnych, choć ja pokazałem inny, też czarnobiały: dysfunkcja i rozpad/trwanie w dysfunkcji. Ale co do meritum wszyscy zgodzimy się, że dysfunkcja jest zła. Właściwym byłoby postawić dwa pytania. Pierwsze: skąd ona się pojawia? Oraz drugie: jak jej zaradzić? I tutaj warto sięgnąć do wypowiedzi o życiu w separacji. Temat rzeka, nie na tą objętość komentarza.Przyjemnie było mi z Tobą wymienić pogląd
Akwin
@M - zwróć też proszę uwagę, że choć rozumiem Twoje wątpliwości, to w jaki sposób badać tę kwestię? Wziąć np. dziecko również z rodziny dysfunkcyjnej i badać jego stan psychiczny po śmierci rodzica? Przecież wtedy mogą wystąpić zaburzenia wyniku z powodu tego, że dziecko może tak nienawidzić rodziców/rodzica, że może wręcz czuć ulgę z jego śmierci. Wydaje mi się, że konieczne jest tutaj też nie tyle empiryczne podejście do sprawy, bo w tym wypadku zawsze jest szereg czynników dodatkowych, co wyjście od "zasad", czyli od faktu, że jedno wydarzenie jest naturalne, drugie zaś nie. Tutaj faktycznie wynik można przewidzieć, ale czy to falsyfikuje zasadność tego porównania? Nie wydaje mi się.
Akwin
@M- ja nie powiedziałem, że rozwód nie zapisał się źle w mojej psychice tylko, że podobnie jak @zapomniałam, miałem rodzinę, którą nazwałbym dysfunkcyjną. Tylko, że akurat ta dysfunkcja nie rzutowała na mnie w taki sposób, że byłem świadkiem narastającego napięcia, regularnych awantur itp. Ot, po prostu ojciec nie nadawał się na męża, bo do tej pory jako człowiek ma chore priorytety, podejście do moralności i roli żony, zaś matka ma naturę osoby kierującej się emocjami. Obie strony nie potrafiły identyfikować swoich problemów, wspólnie ich naprawiać i pomagać sobie nawzajem. Nie była to traumatyczna rodzina, więc w moim przypadku samo ich małżeństwo niezbyt odbiło się na mojej psychice i chyba nawet targnę się na stwierdzenie, że mój przypadek jest dobrym materiałem do badania porównania rozwodu i śmierci rodzica. Samo zaś badanie ma pokazywać porównanie traumy po rozbiciu rodziny i śmierci.
M
@Akwin Z mojego punktu widzenia sprawa wygląda tak: porównano dzieci z normalnych rodzin, z dziećmi dorastającymi w rodzinie dysfunkcyjnej. Myślę, że wynik badania z góry można było przewidzieć. Natomiast, być może dla podkręcenia dramatyzmu i uzyskania wydźwięku badania dokooptowano tam czynnik rozwodu i to uważam za bałamutne. Zarówno Pan jak i @zapomniałam wskazujecie, że sam rozwód nie zapisał się w Waszej psychice szczególnie źle, bo problemem de facto była dysfunkcyjna rodzina. Reasumując, skoro zatem rozwód jest elementem wtórnym dysfunkcyjnego związku rodziców należałoby raczej przyjrzeć się przyczynom powstawania takich relacji i szukać sposobu uzdrawiania takich związków. Samo zakazywanie rozwodów to jak zjadanie tabletki przeciwbólowej bez szukania skąd się ten ból bierze. Wspomniana kobieta, która zamiast chociażby separacji od męża 'łykała te tabletki przeciwbólowe' zniszczyła życie swoje, swoich córek i wnuków. Uczciwie zatem byłoby poszukać głębiej.
POKAŻ WIĘCEJ KOMENTARZY