Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
06   LIPCA   2020 r.
Św. Marii Goretti, męczennicy
Bł. Marii Teresy Ledóchowskiej
Św. Marii Goretti, męczennicy
Bł. Marii Teresy Ledóchowskiej
Imieniny obchodzą:
Dominika, Łucja, Teresa
 
Polonia Christiana nr 35       PRAWDA, DOBRO, PIĘKNO
Kazimierz Braun

Serce Jezusa w orszaku aniołów

Serce Jezusa w orszaku aniołów
Kraków. Ulica Krupnicza. Idę od Plant. Spieszę się, więc niemal przebiegam obok jasnego, jednopiętrowego domu po lewej. Już go minąłem, ale… zaraz, zaraz, co tam było napisane na tabliczce obok drewnianej bramy? Dom Józefa Mehoffera? Ależ tak! Ciekawe, że gdy bywałem w Krakowie przed laty, nie zwracałem nań uwagi. Dom, owszem, cały czas tam stał, ale zaniedbany, odrapany z poodłupywanym tynkiem. Nie było też tabliczki koło bramy. A teraz wyrósł przede mną jasny, czysty, wyremontowany. Jak dawniej. Kiedy tu byłem. W tym domu…

Zapominam o umówionym spotkaniu. Wchodzę do środka. Dziś jest tu oddział Muzeum Narodowego. Kupuję bilet. Idę ku klatce schodowej. Wiem, w którą stronę. Tak. To tu, ta sama klatka schodowa. Na podeście stała kiedyś duża kanapa. Jest. W tym samym miejscu, ta sama kanapa, zapewne odnowiona. Powoli wspinam się po schodach – nie po tych drewnianych, lekko skrzypiących, ale po tych bezszelestnych, zawieszonych w przedziwnym, smugowym świetle sączącym się gdzieś z nieba. Wchodzę po stopniach wspomnień. I już jestem na piętrze. Jak w zimie 1943 roku. Miałem wtedy niespełna sześć lat…

Szedłem po cichu, onieśmielony, przede mną szła Matka, przed nią zaś gospodarz domu, pan Mehoffer, niewielkiego wzrostu, ale z dużą czupryną, torujący nam drogę wśród jakichś rupieci tarasujących schody. Za mną szedł Ojciec, niosąc dwie ciężkie walizy. Skręciliśmy w lewo, do pracowni malarza. Wysokie drzwi. Wejście do pracowni. Ojciec stawia walizy na podłodze. Wiem, co w nich jest. W jednej poprzekładane wielkimi liśćmi rabarbaru i zawinięte w pergamin… Skąd pergamin w czasie wojny? Bo przecież jest wojna, przecież jechaliśmy pociągiem z Małogoszcza do Kielc, a tam na peronie, i potem na peronie w Krakowie, i potem na placu przed dworcem i na Plantach, którymi szliśmy, co chwila niemiecki mundur, co kilka chwil patrol, przelatujące, pustymi poza tym ulicami, ogromne czarne samochody z chorągiewkami ze swastyką. I że nam tych dużych walizek nie zabrali, akurat na szczęście nie było rewizji w pociągu i zabierania wszystkiego, zwłaszcza dobrego jedzenia, więc ten pergamin otula ogromne, równo uformowane bryły masła. A w drugiej walizie są słoiki miodu z pasieki mojej Mamy. Ułożone w dwóch warstwach. Musiała być bardzo ciężka, ta waliza z miodem. Z masłem też. Patrzyłem z podziwem na ostrożne pakowanie. Słuchałem rozmów rodziców. Wiem, że ten miód i to masło są dla pana Mehoffera. Wiem nawet, że to zapłata za namalowanie obrazu. Wiem, że w ten sposób dożywia się artystów w tych czasach głodu. Jest wojna. Nie płaci się malarzowi pieniędzmi, tylko żywnością. Miodem. Masłem.

Potem zwiedzanie pracowni. I otwarcie waliz. Pani Mehofferowa wydobywa z nich te bryły masła i te słoiki, gdzieś je wynosi. Walizy zostają puste. Teraz będą lekkie.

Powyższy tekst jest tylko FRAGMENTEM artykułu opublikowanego w magazynie "Polonia Christiana".

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj