Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
ŚRODA 16 STYCZNIA
Św. Marcelego I, papieża
Św. Honorata, biskupa
Św. Marcelego I, papieża
Św. Honorata, biskupa
Imieniny obchodzą:
Marceli, Włodzimierz
 
Mariusz Solecki

Stanisław Jerzy Lec z prosowieckiej AL

Data publikacji: 2015-03-06 06:00
Data aktualizacji: 2015-03-09 08:51:00
WIADOMOŚCI

Stanisław Jerzy Lec na łożu śmierci miał się pochwalić kontaktami z Bierutem w czasach partyzanckich. „(...) ostatnie, co na pożegnanie usłyszeliśmy, to że łączniczka Albrechta była moją łączniczką z Bierutem” – wspominał pisarz Jan Wyka.

 

10 maja 1944 roku pododdziały Wehrmachtu i zmotoryzowanej dywizji SS Wiking pod Amelinem dopadły wymykających się im partyzantów z prosowieckiej AL. Alowcy stawili nacierającym zaciekły opór, byli czujni i gotowi w każdej chwili poczęstować Niemców ołowiem. Nie wszyscy jednak:

 

romantyk spod Amelina

 

„Na skraju lasu zobaczyliśmy siedzącego partyzanta z automatem w ręku. Zbliżyliśmy się do niego. Nawet nie zwrócił uwagi na trzask łamanych gałązek. Podchodzę tuż do niego i widzę, że to zatopiony w myślach porucznik «Łukasz», nasz redaktor (Stanisław Jerzy Lec).

Pytam się, co tu robi. A on na to:

– Popatrz, jaka piękna sarna stoi i nie boi się nas.

 

Spojrzałem, rzeczywiście o pięćdziesiąt kroków od nas stała sarenka. Skląłem siarczyście «Łukasza» wraz z jego sarną. Miejsce było niebezpieczne i znajdowało się pod ostrzałem, a ten sobie sarny ogląda”.

 

Składający tę relację Gustaw Alef-Bolkowiak „Bolek” ściągnął zahipnotyzowanego epifanią natury kolegę z zagrożonej pozycji. W drodze do Amelina nie przestawał czynić wyrzutów „Łukaszowi”, ten jednak „(...) dziwnie zamyślony (...) na (...) pyskowanie nie reagował ani słowem”. Na odpowiedź potrzebował dwóch lat. I więcej w niej liryki niż rewanżu na towarzyszu boju:

„Z lasu w zielone żyto

jak kropla krwi przeciekła

bitwą spłoszona sarna.

Jak batogami gnana

przez samotne wystrzały

wraca, rzuca mi, stając,

wzrokiem parę orzechów.

Sarnie oczy. I trwa tak

kiedy zza ciszy dębu

wpadł ospowaty Bolek

klnąc poetę i sarnę.

Święty oficer (wioski

tak nazywają tutaj oficera oświaty)”.

 

Zacytowany powyżej we fragmencie „Bój pod Amelinem” ukazał się w zbiorze „Notatnik polowy” z 1946 roku. Znalazły się w nim wciąż świeże, przetworzone na poezję przeżycia Leca z komunistycznej partyzantki na północy Lubelszczyzny. Reminiscencje z lasu powrócą jeszcze w tomie „Nowe wiersze” (1950), a sporadycznie dojdą do głosu w innych książkach poetyckich autora, choćby w „Rękopisie jerozolimskim” (1957).

 

indywidualista spod Rąblowa

 

Starcie pod Amelinem stanowiło preludium piekła, jakie Niemcy zafundowali partyzantom pod Rąblowem 14 maja 1944. Tego dnia około dwutysięczny korpus antydywersyjnych jednostek hitlerowskich zamknął w okrążeniu 600 alowców, 200 Sowieciarzy i 2 plutony AK. Stłoczeni na niewielkiej przestrzeni leśni przez cały dzień byli nękani przez samoloty Luftwaffe i ostrzeliwani z moździerzy. Odpierali też natarcia nieprzyjacielskiej piechoty, podczas których dochodziło do walki wręcz. Porucznik „Łukasz” znalazł się w oku rąblowskiego cyklonu. Na krótko przed konfrontacją z Niemcami poznał go Frank Blaichman:

 

„Na polanę zaczęły opadać spadochrony. Wraz z bronią wylądowało także 110 spadochroniarzy; niektórzy opadali na drzewa, zahaczając o gałęzie. Nosili polskie mundury i dowodził nimi major Klim (...).

 

Właśnie kończyłem rozmowę z majorem, gdy podszedł do nas mężczyzna z krótką brodą. Wyglądał mi na Żyda i zaproponowałem mu, że możemy razem pójść do wsi i poszukać miejsca na nocleg. Okazało się, że był to żydowski poeta i satyryk z Warszawy, Stanisław Jerzy Lec. Spędził z nami noc, ale później poszedł własną drogą”.

 

Z przytoczonych świadectw wyłaniają się dwie cechy Leca partyzanta. Po pierwsze, nie był zainteresowany prowadzeniem walki z Niemcami w strukturach żydowskiej samoobrony. Po drugie – nie należał do gatunku żołnierzy pistoletów. Blaichman nie znał Leca osobiście, spotkał go przypadkiem i na mgnienie. Alef-Bolkowiak był z Lecem w jednym oddziale, w batalionie AL im. J. Hołoda. Zatem znali się dobrze. Mimo że Blaichman to mitoman i oszczerca (jego kontrowersyjne wspomnienia „Wolę zginąć, walcząc” roją się od antypolskich kalumnii pod adresem AK), a Alef-Bolkowiak to oficer polityczno-wychowawczy, nie ma powodu kwestionować ich niekombatanckiego wizerunku Leca. Zresztą ktoś jeszcze potwierdza fakt, że pisarz nie był urodzonym partyzantem. Wedle relacji Ignacego Robb-Narbutta, pod komendą którego przyszły aforysta miał okazję walczyć, „Łukasz” wstawiał się za wziętymi do niewoli szeregowymi wehrmachtowcami.

 

Nie ma w tym żadnej ujmy, że Lec odznaczał się miękkością nieprzystającą do twardych realiów wojny partyzanckiej. Był klasycznym inteligentem, dlatego większy był z niego pożytek na zapleczu niż na linii partyzanckiego frontu. Rozumieli to doskonale jego lewicowi przełożeni, zlecając tow. „Łukaszowi” redagowanie alowskich gazetek („Żołnierz w Boju”).

 

partyzanckie tabu

 

Lec unikał mówienia wprost o swojej partyzanckiej biografii. Wyznawał Seweryn Pollak: „(...) słuchałem, jak opowiadano sobie o jego perypetiach obozowych i czynach wojennych. Major Lec, który zawsze tak lubił opowiadać o sobie i o swojej pracy literackiej, tych tematów nie poruszał nigdy”. Explicite pisarz powrócił do tematu na łożu śmierci: „(...) ostatnie, co na pożegnanie usłyszeliśmy, to że łączniczka Albrechta była moją łączniczką z Bierutem” (relacja Jana Wyki).

 

I czym tu się szczycić? Znajomością z renegatem, skazującym na odstrzał Pileckiego, Dekutowskiego i wielu innych niezłomnych synów ojczyzny? Chyba że potomek narodu wybranego luźno identyfikował się z polskością. Miłość do urzędowego zbrodniarza? Nie. Wdzięczność za ocalenie z epoki pieców. Za podarowane 21 lat. Trzymać się życia rękami i zębami, gdy uszło się z Szoah. Nie zrozumie tego nikt, kto nie wydeptał ścieżek II wojny światowej z piętnem żydostwa. Lec jasno wyartykułował tę kwestię w wierszu „Anno 1943”:

„Kto szedł przez Polskę czasu rzezi,

a Żydem był, co z martwych powstał,

o śmierć mądrzejszy, którą przeżył,

gorzeć już musi jak apostoł”.

 

Dodajmy: apostoł ideologii, która wyrwała go z paszczy brunatnej przemocy. Cóż Lecowi po wolnej, międzywojennej Polsce – bezsilnej w ochronie obywateli przed hitlerowską dżumą? Cóż obchodzi go powojenny los kontynuatorów jej idei, skoro skompromitowała się klęską w godzinie próby sił?

 

Może jednak twórcą „Myśli nieuczesanych” nie powodowały pretensje do II RP, może była to kwestia pokory wobec walca dziejów, który – gdy raz przetoczy się po człowieku, urobi go na plastyczną miazgę: „W życiu codziennym był pogodny i niesłychanie wyrozumiały dla ludzi, dla ich przywar. Był wyrozumiały, bo miał silne poczucie historii i wiedzę o tym, jak historia urabia człowieka na swoją modłę”. Mimochodem cytowany tu Seweryn Pollak, naturalnie bez intencji rzucenia cienia na Leca, dostarcza – dla mających słuch historyczny – glosę do kolaboracji lwowskiej pisarza, który przecież, o czym woli się nie przypominać, „(...) należał do najaktywniejszych apologetów zaboru i systemu sowieckiego” (Jacek Trznadel).


droga do AL

 

Po agresji Hitlera na ZSRS Lec znalazł się pod rządami brunatnego terroru. Naziści – w odróżnieni od komunistów – nie byli zainteresowani skorzystaniem z jego usług i zamknęli pisarza w obozie koncentracyjnym w Tarnopolu. Sowietyzujący literat w tym trudnym okresie dwa razy wymknął się śmierci – za każdym razem stroiła się w czarny mundur SS: „Raz pijani esesowcy wywlekli całą grupę skazańców na cmentarz i kazali stać w patetycznych pozach. Przyjaciel Leca po niemiecku zapytał esesmana, w jakich pozach mają stać. Esesman wściekł się: Du verfluchter Jude, ty mi chcesz powiedzieć, w jakich stać masz pozach? Raus! Podkutym butem wyrzucił ich z cmentarza. Innym razem Lec stał już przed plutonem egzekucyjnym, rozebrany, przed jamą, którą musiał sam wykopać. Uciekł w stronę obozu, strzelali za nim, nie trafili” – zaświadcza Jan Śpiewak, przyjaciel aforysty.

 

Z przywołanego przez Śpiewaka tarnopolskiego obozu koncentracyjnego Lec uciekł w przebraniu szeregowego Wehrmachtu. Uczynił to w przeddzień likwidacji (kwiecień 1944). Przebił się do Warszawy, gdzie nie dawali mu spokoju szmalcownicy. Będąc u kresu wytrzymałości psychicznej, nawiązał kontakty z Partią Polskich Renegatów (PPR), z samą wierchuszką, z Bierutem i Spychalskim. Ten ostatni właśnie zorganizował pisarzowi mieszkanie i zapewnił mu ochronę. Niebawem partia przerzuciła cudem ocalonego towarzysza do oddziału AL na północy Lubelszczyzny, gdzie fabrykował prosowiecką propagandową bibułę, zachwycał się sarną i pruł do Niemców z peemu.

 

alowiec na Parnasie

 

Wielu akowców trafiło na Parnas: Tadeusz Różewicz, Jan Józef Szczepański, Tadeusz Konwicki, Roman Bratny, Krzysztof Kamil Baczyński, Janusz Krasiński, Aleksander Ścibor-Rylski... Niewielu tam alowców: Czeszko, Lec i kto jeszcze? Nie dość, że tak znikomy odsetek literatów legitymował się alowskim rodowodem, to jeszcze Lec – z sobie wiadomych powodów – nie obnosił się ze swoją partyzancką kartą. Bo i po co? Miał talent, nie potrzebował leśnej legendy do robienia kariery. Wszedł do historii literatury jako kapitalny aforysta. A był także niezłym poetą i satyrykiem. To ostatnie powołanie twórcze wpisane było w jego nazwisko – po hebrajsku „lec” to żartowniś. Stanisław Jerzy Lec nie był więc Polakiem z dziada pradziada, jego żydowscy przodkowie przybyli z Hiszpanii do Europy Środkowo-Wschodniej, co nie przeszkodziło najsławniejszemu z rodu rozkochać się w niuansach artystycznej polszczyzny.

 

Lec umarł w dobrym czasie – przed nagonką Gomułki na powojenną resztówkę zasymilowanych polskich Żydów. A ponoć ochrzczono go, kiedy był dzieckiem. Miał więc potężne alibi. Ale czy dla komunistów, skoro nawet przeszłość w AL była niedostateczną ochroną przed skazaniem na exodus?

 

 

Mariusz Solecki

 

Tekst stanowi fragment książki „Historie pisane przez wojnę”, którą w marcu 2015 ogłosi wydawnictwo LTW.

 

 
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie

Regulamin forum portalu PCh24.pl:

1) Na forum nie wolno umieszczać komentarzy które:

- promują zachowania dewiacyjne, sprzeczne z prawem naturalnym;

- obrażają wiarę katolicką i Kościół katolicki;

- zawierają wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.);

- zawierają informacje obarczające niesprawdzonymi zarzutami inne osoby (art. 23 Kodeksu cywilnego);

- przyczyniają się do łamania praw autorskich (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994r.);

- zawierają linki i adresy do stron WWW, dane osobowe, teleadresowe lub adresy mailowe

- są reklamami lub spamem (nie mają nic wspólnego z komentowanym artykułem)

- są bezpośrednimi, brutalnymi atakami na interlokutorów lub nawołują do agresji wobec nich

- są niestosowne w kontekście informacji o śmierci osoby publicznej bądź prywatnej

- zawierają uwagi skierowane do redakcji PCh24.pl. (za te ostatnie jesteśmy bardzo wdzięczni, prosimy jednak o kontakt mailowy, tylko wówczas mamy bowiem pewność, że trafią one do osób odpowiedzialnych za treść serwisu).

2) Wszystkie komentarze naruszające pkt. 1 niniejszego Regulaminu będą usuwane przez moderatora

 
Jasiek
Jednak raczej nie żydowscy tylko chazarscy przodkowie i nie z Hiszpanii tylko z pogranicza europejskich i azjatyckich stepów. Prawdziwych hebrajczyków już niema są tylko azjatyckie podróbki.
Jakub Majewski
@Marek Powichrowski - proszę spojrzeć uważniej :). Krzysztof Kamil Baczyński jest wymieniany wśród długiej listy AKowców-literatów, jako swoisty kontrast dla bardzo krótkiej listy ALowców-literatów.
Marek Powichrowski
Krzysztof Kamil Baczyński Al-owcem? Co za bzdura!