Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
16   STYCZNIA   2021 r.
Św. Marcelego I, papieża
Św. Honorata, biskupa
Św. Marcelego I, papieża
Św. Honorata, biskupa
Imieniny obchodzą:
Marceli, Włodzimierz
 
Polonia Christiana nr 74       WIARA W CZASIE ZARAZY

Virus coronat opus?

Virus coronat opus?

U Boga i mucha, kiedy każe, żołnierzem musi być – przypomina nam Eliza Orzeszkowa ustami Anzelma Bohatyrowicza znad Niemna. Ale co tam mucha! Kiedy Pan rozkaże, wirus może się stać nauczycielem ludzkości.

 

Nowoczesny człowiek Boga się nie boi. Nowoczesny człowiek Boga ignoruje, wręcz Go lekceważy. Nowoczesny człowiek nie waha się wręcz Bogu złorzeczyć.

 

Po co mu Bóg, skoro jest tak potężny, że spaceruje po Księżycu i sięga ku Marsowi; skoro buduje kilometrowe wieżowce i w pięćdziesiąt godzin okrąża kulę ziemską? Po co mu Bóg, skoro w trójwymiarze drukuje ludzkie serce i zamierza sztucznie tworzyć życie? Po co mu Bóg, skoro dysponuje siłą zdolną unicestwić kilka sporych planet?

Po co nowoczesnemu człowiekowi Bóg, który o prawie naturalnym przypomina, skoro on to prawo już dawno transcendował, siebie mianując głównym zakonodawcą i źródłem wszelkiej władzy? Po co mu Bóg, skoro on Übermenschem rozdającym karty życia i śmierci? Po co mu Bóg, skoro on sam siebie stworzył i własnym geniuszem buduje ziemski raj, w którym nikt nie śmie być nieszczęśliwym?

 

Głowa pychą nadęta

Po co mi Bóg? – zapytał sam siebie chrześcijanin już u schyłku średniowiecza, niepowtarzalnego w dziejach okresu twórczego współdziałania wiary z rozumem, kiedy wierząc w Boga, wierzył w moc, którą On go napełnia. Ale zwiedziony rozkwitem dzieła rąk swoich zapomniał, kto nimi kieruje, i uwierzył w siebie.

 

Wtedy po raz pierwszy zaczął się sobą niezdrowo zachwycać. Posłuchajmy tylko Szekspira: Jak doskonałym tworem jest człowiek! Jak wielkim przez rozum! Jak niewyczerpanym w swych zdolnościach! Jak szlachetnym postawą i w poruszeniach! Czynami podobnym do anioła, pojętnością zbliżonym do bóstwa! Ozdobą on i zaszczytem świata. Arcytypem wszech jestestw!

 

Tylko pęknąć z nadęcia!

Infekcja wirusem humanizmu zaburzyła w nim zdolność obserwacji i wnioskowania, ba, nawet instynkt samozachowawczy. Przez pięć stuleci będzie w sobie tego wirusa pieczołowicie hodował, pozwalając mu niepostrzeżenie dokonywać nieodwracalnego spustoszenia w duszy – aż ten przepali go na wskroś. Najpierw więc zaneguje zdolność Bożej ingerencji w stworzony świat, by w konsekwencji odmówić Bogu stwórczej mocy, po czym ogłosić Jego śmierć. Dlaczego zatem trzy już dekady po owej pseudofilozoficznej proklamacji, wypisze na burcie swego rzekomo niezniszczalnego dzieła butne zapewnienie, iż sam Bóg nie zdoła go zatopić?

 

Powód do wstydu

Nowoczesny człowiek, osobliwie w całych dziejach ludzkiego rodu przekonany o własnej wyjątkowości, wyjątkowo wiernie powiela wzór opisany już trzy tysiące lat wcześniej przez króla Dawida: Mówi głupi w swoim sercu: „Nie ma Boga” (Ps 53, 2). Mocny w gębie, spaczony na duszy, w istocie sam nie wie, kim jest, skąd pochodzi i dokąd zdąża. Jego własne wynurzenia, jakimi zapełnia zerojedynkowy bezkres internetu, ponad wszelką wątpliwość kreślą profil skończonego idioty. Ogłosiwszy koniec historii, bezmyślnie przejada owoce przedsiębiorczości swych przodków, zaślepiony urojeniem własnej wielkości.

 

Nowoczesny człowiek rzuca schizofreniczne wyzwanie Bogu, którego istnieniu zaprzecza – ale Bóg bynajmniej nie musi osobiście interweniować w celu poskromienia pyszniących się zamysłami serc swoich (Łk 1, 51). W roku 1912 do unicestwienia „cudu” nowoczesności wyzwolonej z „zabobonu” wiary wystarczyła większa bryła lodu.

Dziś potężny pan świata drży przed mikroskopijnym, mierzonym w nanometrach (a nanometr to jedna milionowa milimetra) wirusem. Jakże na miejscu wydają się tu słowa ogarniętego zwątpieniem księcia Boromira z tolkienowskiego Władcy Pierścieni: Dziwne zrządzenie losu, że tak wielka trwoga i tyle wątpliwości dręczy nas z powodu czegoś tak drobnego! Tak drobnego!

 

W rzeczy samej – coś tak drobnego potrafiło tak dogłębnie wstrząsnąć spokojem i poczuciem bezpieczeństwa nowoczesnego człowieka, który wszystkie rozumy pozjadał i wydaje mu się, że ściśle kontroluje rządzące światem mechanizmy. Jest się czego zawstydzić. Naszych przodków Bóg karał potopem, deszczem siarki i ognia, osobistym zstąpieniem z nieba w celu pomieszania języków, przemianą wszystkich wód w krew, ciemnością tak gęstą, że można było jej dotknąć. Na nowoczesnego człowieka wystarczy niewidzialny gołym okiem zlepek nukleinowego kwasu i białka, który nawet nie jest organizmem…

 

 

Fundament z pajęczyny

Koronawirus przestraszył nas nie na żarty. Powszechnie mówi się o nieodwracalnych zmianach, jakie przyniesie pandemia. A to przecież nic wielkiego w dzisiejszej skali zaludnienia naszej planety i przy obecnym stopniu rozwoju nauk medycznych oraz świadomości sanitarnej. Jakże ją porównywać choćby z „dżumą Justyniana” w VI wieku (sto milionów ofiar – czterdzieści procent populacji ówczesnego świata), z „czarną śmiercią” w połowie XIV wieku (szacunki strat sięgają dwustu milionów, czyli do sześćdziesięciu procent populacji) bądź z „hiszpanką” w latach 1918–1920 (pół miliarda zachorowań – jedna trzecia populacji – z czego zmarło, wedle różnych źródeł, od dwudziestu do stu milionów ludzi)?

 

Czy plaga koronawirusa musi dopiero osiągnąć podobne rozmiary, żeby nowoczesny człowiek uświadomił sobie, iż wcale nie jest większy od swych przodków sprzed trzydziestu trzech wieków? Czyż bowiem faraon – bezdyskusyjnie uważany za boga na ziemi, ojca i matkę wszystkich ludzi oraz gwaranta życia, dzierżący w swych rękach bogactwo i władzę, społeczny status i religijny autorytet, których horyzontów żaden z dzisiejszych wielkich tego świata nie jest w stanie ogarnąć wyobraźnią – zdołał sobie poradzić z zesłanymi na Egipt plagami? A przecież były to w większości zaledwie płazy i owady. Żadnej z nich jednak nie potrafił ani zapobiec, ani zwalczyć.

 

Nasza, tak podobno wspaniała, tak niby zaawansowana na wszystkich polach cywilizacja trzęsie się ze strachu identycznie jak jej daleka krewna sprzed tysięcy lat. To gdzie ten cały rzekomy postęp ludzkości?! Liczba zachorowań (w chwili pisania niniejszego tekstu) nie przekracza połowy promila (czy, jak kto woli, pięciu setnych procenta) ogółu światowej populacji, ilość zgonów należy mierzyć w mikrojednostkach, a cały świat z wolna ogarnia panika – już wieszczy się potężny kryzys gospodarczy, już słychać o znaczących przemianach politycznych…

 

Inna sprawa, że nie da się wykluczyć, iż cała ta historia to misterna, odgórnie sterowana operacja mająca na celu wywołanie globalnego kryzysu – ale to tym gorsze świadectwo wystawia nowoczesnej cywilizacji, skoro bez trudu ją destabilizuje (a kto wie, może i unicestwi – pożyjemy, zobaczymy…) maciupeńki wirusik.

 

Tak czy inaczej, fakty wskazują (i to nie od dziś, tylko wielu nie umiało, a jeszcze więcej nie chciało tego dojrzeć), że nasza cywilizacja stoi na glinianych nogach. Ba, nawet nie na glinianych, ale wręcz utkanych z pajęczyny. Tak, to bardzo trafna metafora – fundament nowoczesnej cywilizacji stanowi pajęczyna złudzeń.

 

Effatha!

I po to właśnie nowoczesnemu człowiekowi Bóg. Żeby mu w pełni uzmysłowić realia. Żeby mu otworzyć oczy (jak Bartymeuszowi pod Jerychem, jak niewidomemu w Betsaidzie, jak ślepemu od urodzenia w Jerozolimie). A także uszy i serce, i rozum, i duszę. Żeby mu pokazać – jak to uczynił wobec siostry Faustyny – iż wyłączną własnością człowieka jest jego nędza. Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał (1 Kor 4, 7)? Beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15, 5). Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia (Mt 6, 27)?

 

Po to nowoczesnemu człowiekowi Bóg, żeby go pocieszyć i zapewnić o swej nieskończonej miłości i trosce. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone (Mt 10, 29–30). Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo (Łk 12, 32).

 

Po to wreszcie nowoczesnemu człowiekowi Bóg, żeby go od czasu do czasu zasłużenie skarcić. Dziś nie lubimy takiego obrazu miłującego Ojca, bo wykrzywiwszy za podszeptem szatańskim większość odwiecznej nauki Kościoła (na przykład błędnie utożsamiając miłosierdzie z permisywizmem) mylimy obraz sprawiedliwego Sędziego z wyobrażeniem okrutnego cara z knutem w dłoni, który czerpie sadystyczną przyjemność ze zsyłania plag na kulący się ze strachu ludek. Wyparliśmy z naszych dusz, serc i zmysłów świadomość, iż dobry Ojciec, jeżeli karci swe dzieci, to wyłącznie powodowany miłością i troską o nie – dla ich własnego dobra. Czy można mieć Mu za złe, gdy gwałtownym (bywa że bolesnym) szarpnięciem zerwie z ich głów czarno-czerwoną chustę (którą same sobie zawiązały na oczach), widząc jak krok po kroku zdążają ku skrajowi przepaści?

 

Przekłuć bańkę

Bóg wcale nie potrzebuje jakoś specjalnie nas karać – wystarczy, że od czasu do czasu przekłuje mydlaną bańkę wypełnioną miodem, w której człowiek z maniackim uporem godnym lepszej sprawy wije sobie przytulne gniazdko.

 

Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie (Łk 12, 20).

 

Nic na tym świecie nie dzieje się bez woli i wiedzy Najwyższego. Jak góra lodowa sama z siebie nie stanęła na drodze „Titanica”, tak i koronawirus (choćby nawet nie był Bożym dziełem, lecz zbiegłym z tajnego laboratorium wytworem ludzkiej złośliwości) sieje dziś trwogę nie wbrew planom Opatrzności.

 

Bóg bowiem pragnie uświadomić nowoczesnemu człowiekowi, że prawdziwe życie nie toczy się pod kloszem, na którego klecenie marnuje on niekiedy całą swą energię, ale że do bojowania podobny byt człowieka (Hi 7, 1), a jego treścią: pot, krew i łzy, powietrze, głód, ogień i wojna, cierpienie i śmierć – do czego zresztą sam człowiek wydatnie się przyczynił u zarania własnych dziejów.

 

Przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz (Rdz 3, 17–19).

 

Oto prawdziwa rzeczywistość. I jeszcze w XXI wieku większość mieszkańców ziemskiego globu tak właśnie żyje – czyżby byli oni gorsi od nas, zadufanych w sobie mieszkańców Zachodu? Czyżby byli większymi grzesznikami (Łk 13, 2), że to cierpią? Warto się zastanowić. Czy naprawdę sami wypracowaliśmy niespotykany dotąd w historii ludzkości dobrobyt i komfort, czy też to wszystko nam dano z góry (J 19, 11)? Marny zresztą – jako się już rzekło – ten doczesny komfort i dobrobyt, skoro tak mocno nas niepokoi niewielki drobnoustroik…

 

Początek boleści?

Ale dureń, który w swoim sercu mówi, że nie ma Boga, za nic w świecie tego nie pojmie. Nie przyjmie też do wiadomości, że nowoczesna cywilizacja z punktu widzenia elementarnej sprawiedliwości bezwzględnie zasługuje na karę. Od dawna wszak jest cywilizacją śmierci, a przecież śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących (Mdr 1, 13). Nie od dziś też nowoczesna cywilizacja rzuca Bogu bluźniercze wyzwanie, a przecież Bóg nie dozwoli z siebie szydzić (Ga 6, 7–8).

 

Czyż więc – pytamy, obserwując niespotykane w nowoczesnej cywilizacji od trzech pokoleń wydarzenia – to wszystko jest dopiero początkiem boleści (Mt 24, 8)? Przecież wciąż ostatnimi czasy słyszy się o wojnach i o pogłoskach wojennych; nagminnie powstaje naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu; uporczywie krążą po świecie głód i zaraza, a miejscami trzęsienia ziemi (Mt 24, 6–7)…

 

Przed wiekiem grypa zwana „hiszpanką” przyszła w dwóch falach: pierwsza wiosną 1918 roku – wysoce zakaźna, lecz łagodna w przebiegu, przeto nie wzbudziła specjalnego zaniepokojenia, druga zaś po kilku miesiącach – nieporównanie groźniejsza – ta przyniosła hekatombę.

 

Wolałbym, żeby się to nie zdarzyło akurat za mojego życia – powiedział Frodo.

Ja także – odparł Gandalf. – Podobnie jak wszyscy, którym wypadło żyć w takich czasach. Ale nie mamy na to wpływu. Od nas zależy jedynie użytek, jaki zechcemy zrobić z darowanych nam lat.

 

Posłuchajmy Tolkiena. Być może darowano nam nie lata, ale miesiące. Bo co, jeśli pandemia COVID-19 – wysoce niepokojąca, acz do kataklizmu jej daleko – jest zaledwie ostrzeżeniem? Może ostatnim? Że już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona (Mt 3, 10), ale jeszcze można ją powstrzymać. Nie trzeba wiele. Pokuta! Pokuta! Pokuta! – podpowiada anioł z Fatimy. Wystarczy, aby nowoczesny człowiek ustami swoimi wyznał i w sercu swoim szczerze uwierzył, że Jezus jest Panem (Rz 10, 9), po czym, uderzywszy się w piersi, ze słowami: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika! (Łk 18, 13), ukorzył się przed Nim.

 

Pan mówi: Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię (Mk 1, 15). Odstąpcie od wszystkich waszych grzechów, aby wam już więcej nie były sposobnością do przewiny (Ez 18, 30). Ja nie pragnę śmierci występnego, ale jedynie tego, aby występny zawrócił ze swej drogi i żył (Ez 33, 11). Przecież nawet arcywystępna Sodoma mogła uniknąć swego losu, gdyby znalazło się w niej choć dziesięciu sprawiedliwych. Od nas zależy, czy nowoczesna cywilizacja znajdzie w sobie garstkę wiernych, która sprawi, iż Pan przebaczy jej przez wzgląd na nich (Rdz 18, 26).

 

Daj nam – pokornie Cię prosimy, miłosierny Boże – jeszcze chwilę normalności dla spokojnego uregulowania naszych rachunków z Tobą, abyśmy w grzechach nie pomarli, lecz mogli wydać godny owoc nawrócenia (Mt 3, 8).

 

Jerzy Wolak

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie