Przeglądasz wersję mobilną portalu. Chcesz wrócić do desktopowej? Kliknij tutaj
DZISIAJ JEST
18   WRZEŚNIA   2019 r.
Św. Stanisława Kostki
Św. Józefa z Kupertynu
Św. Stanisława Kostki
Św. Józefa z Kupertynu
Imieniny obchodzą:
Stanisław, Irena, Stefania, Józef
 
Polonia Christiana nr 51       NASZE DZIEDZICTWO

Zobaczyć Ostatnią Wieczerzę

Zobaczyć Ostatnią Wieczerzę

Są takie dzieła sztuki, które zna każdy – z książek, z filmów czy z kolorowych reprodukcji. Na ich podstawie wyrabiamy sobie zdanie o jakimś obrazie, rzeźbie czy budowli. Gdy szczęśliwie nadarzy się okazja zobaczenia zabytku „na żywo”, konfrontujemy to, co widzimy, z tym, co widziała nasza wyobraźnia. Bywa, że oglądane „na żywo” dzieło nie wywrze na nas jakiegoś szczególnego wrażenia. Są jednak takie arcydzieła, które przy bezpośrednim kontakcie wywierają wrażenie ogromne i niezapomniane. Jednym z nich jest Ostatnia Wieczerza Leonarda da Vinci.

 

Niełatwo zobaczyć Leonardowskie malowidło. Ze względów konserwatorskich dziennie przez refektarz w mediolańskim kościele Santa Maria delle Grazie może przewinąć się tylko osiemset osób. Przy dziesiątkach tysięcy turystów przybywających codziennie do stolicy Lombardii to naprawdę niewiele. Z zakupionym na minimum miesiąc wcześniej biletem należy się zgłosić punktualnie o wyznaczonej godzinie, następnie dwudziestopięcioosobowa grupa przechodzi przez krużganki klasztorne do pomieszczenia‑śluzy, w której przez kilka minut wyrównują się temperatura i wilgotność powietrza. Następnie przewodnik objaśnia zasady bezpieczeństwa, opowiada nieco o Leonardzie i wreszcie otwierają się drzwi. Można wejść do refektarza.

 

Dawna klasztorna jadalnia to dość spore pomieszczenie na planie wydłużonego prostokąta. Dłuższe ściany są białe i pozbawione okien oraz jakiejkolwiek dekoracji. Na ścianach zamykających: z jednej strony monumentalne Ukrzyżowanie, z drugiej cel naszej wyprawy – największe i najwspanialsze zachowane do dziś malowidło geniusza włoskiego renesansu. Jednak na nacieszenie się jego widokiem odwiedzający mają zaledwie kwadrans. Piętnaście minut, które niezwykle dłużą się przed wejściem do refektarza, teraz okazują się zaledwie krótką chwilą. Zbyt krótką. Chciałoby się tu zostać i patrzeć – z bliska, z daleka i znów z bliska – kontemplując każdy zachowany fragment malowidła. Żadna bowiem, nawet najdoskonalsza reprodukcja nie odda wrażenia jakie wywiera Ostatnia Wieczerza „na żywo”.

 

Człowiek od machin i maskarad

Urodzony w toskańskiej wiosce Vinci Leonardo swoje pierwsze artystyczne kroki stawiał we Florencji, w pracowni słynnego wówczas malarza i rzeźbiarza – Verocchia. Znamy z tego czasu obraz, przy którego tworzeniu Leonardo pomagał swojemu mistrzowi. Anioł klęczący w dolnym rogu Chrztu Chrystusa znacząco różni się od pozostałych części malowidła. Ponoć niezwykle biegły w swojej sztuce Verocchio, gdy zobaczył fragment namalowany przez ucznia, miał oznajmić, że odtąd niczego więcej nie namaluje. I faktycznie zabrał się – z doskonałym zresztą skutkiem – za rzeźbę. Leonardo natomiast kształcił się dalej, rozszerzając swoje zainteresowania o poezję, muzykę, architekturę i wreszcie o nauki ścisłe oraz przyrodnicze.

 

W roku 1482 postanowił zaoferować swe usługi księciu Mediolanu – Lodovicowi Sforzy zwanemu Il Moro. Książę zachwycony wszechstronnością i nienagannymi manierami artysty zatrudnił go jako… organizatora dworskich przyjęć i balów. W czasie wolnym od przygotowywania maskarad i przedstawień dla monarszego dworu Leonardo oddawał się obserwacji natury, doświadczeniom i projektowaniu coraz to wymyślniejszych maszyn i konstrukcji. Zupełnie dodatkowo – można by rzec, przy okazji – chwytał za pędzle. Wtedy właśnie powstał portret Cecylii Gallerani, powszechnie znany jako Dama z gronostajem. W tym samym czasie utalentowany Toskańczyk otrzymał najważniejsze, jak się po latach okaże, zlecenie w życiu.

 

W roku 1495 przeor dominikańskiego klasztoru przy kościele Santa Maria delle Grazie zlecił ulubieńcowi książęcego dworu namalowanie sceny Ostatniej Wieczerzy na jednej ze ścian refektarza. Leonardo pracował nad malowidłem przez cztery lata, z długimi przerwami. Ponoć pochłonięty innymi pasjami opuszczał warsztat pracy na całe tygodnie. Zniecierpliwionym zleceniodawcom tłumaczył, że czas ten potrzebny mu jest na znalezienie odpowiedniego natchnienia.

 

Kiedy raz przez ponad miesiąc nie pojawił się w refektarzu, przeor klasztoru udał się na skargę do samego księcia. Gdy Lodovico napomniał Leonarda, ten niewzruszony miał odrzec, że przerwał prace, bo poszukuje modela, który posłuży do namalowania postaci Judasza. Nie może jednak nigdzie znaleźć mężczyzny o odpowiednio brzydkiej i złej fizjonomii. Jeżeli jednak przeorowi tak bardzo zależy na czasie, to pod postacią zdradzieckiego apostoła Leonardo może sportretować jego. Dominikanin przeraził się nie na żarty, bo na jakiś czas przestał poganiać artystę. Ostatecznie dzieło zostało ukończone w roku 1498.

 

Trudne losy wielkiego dzieła

Od tego czasu do dziś Ostatnia Wieczerza zachwyca swoją maestrią. Jednak nie zawsze i nie wszyscy doceniali wartość artystyczną tego dzieła. Podczas wojen napoleońskich w klasztorze stacjonowali francuscy żołnierze i refektarz nadal pełnił rolę jadalni, ale żołnierzom nie chciało się chodzić po posiłki przez krużganki. Znaleźli prostsze rozwiązanie – przekuli drzwi w ścianie oddzielającej kuchnię od refektarza. Pomysł prosty i może genialny – poza drobnym faktem, że na tej właśnie ścianie znajdowała się Ostatnia Wieczerza. Dolna część środkowej partii została bezpowrotnie utracona.

 

Spore niebezpieczeństwo zawisło nad malowidłem pod koniec drugiej wojny światowej, kiedy alianckie lotnictwo bombardowało Mediolan. Cała ściana refektarza, aż po sufit została obłożona workami z piaskiem. I to najprawdopodobniej uratowało Wieczerzę.

 

Największym jednak zagrożeniem dla arcydzieła był i jest upływający czas, który niemiłosiernie niszczy niezwykle delikatną warstwę malarską. Od czasów średniowiecznych malowidła ścienne wykonywano metodą al fresco – czyli na świeżym tynku. Artysta pokrywał cienką warstwą zaprawy fragment ściany i w ciągu kilku godzin malował go farbami. Pigmenty wsiąkały w wilgotny, świeży tynk. Gdy ten zastygał, tworzyła się niezwykle trwała warstwa malarska.

 

Leonardo nie zastosował jednak sprawdzonej metody. Wymagała ona szybkiego malowania i wykluczała jakiekolwiek poprawki czy uzupełnienia. Na to artysta nie mógł sobie pozwolić, gdyż bardzo często poprawiał i zmieniał kompozycję swoich obrazów. Zapewne tak samo było i z Ostatnią Wieczerzą. Zastosowana eksperymentalna technika spowodowała, że po upływie pięciuset lat dzieło zaczęło się rozpadać i niknąć na naszych oczach.

 

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku rozpoczęto wielką konserwację, która trwała dwadzieścia jeden lat – pięć razy dłużej niż namalowanie dzieła. Odczyszczenie, usunięcie wtórnych przemalunków i jak najmocniejsze utrwalenie kolorów umożliwiło nowe spojrzenie na malowidło.

 

Za ewangelistą Mateuszem

Leonardo zdecydował się na przedstawienie sceny opisanej w Ewangelii według świętego Mateusza. Jest to moment po wypowiedzeniu przez Jezusa słów: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi (Mt 26, 21). Ułożeni w trzyosobowe grupy apostołowie niezwykle emocjonalnie reagują na słowa Mistrza. W ich gestach i mimice widać zdziwienie, szok, rozpacz, zaprzeczenie, próbę wyjaśnienia usłyszanych słów. Zwrócony do nas plecami Judasz trzyma w ręku mieszek – zapewne ze srebrnikami.

 

Jedyną niewzruszoną osobą dramatu pozostaje siedzący pośrodku Jezus. Z Jego postaci emanuje spokój i łagodność. Nad Jego głową nie ma nimbu czy aureoli tylko okno, przez które widać jasny, słoneczny pejzaż. Głowa Chrystusa umieszczona została w centralnej części dzieła, na przecięciu się wszystkich linii perspektywicznych. Wystarczy jedno spojrzenie na dzieło i od razu widać, kto jest najważniejszą postacią na obrazie.

 

Przemyślana kompozycja, idealna perspektywa i doskonale przekazane emocje to walory, które możemy podziwiać także dziś. Jednak poznanie części geniuszu artysty nie będzie nam nigdy dane. Z wcześniejszych opisów dzieła wiemy, że cynowe naczynia ustawione na stole zostały namalowane z takim pietyzmem, iż widać w nich było odbijające się szaty apostołów. Dostrzeżenie tego typu szczegółów nie jest możliwe przy dzisiejszym stanie fresku.

 

Największe jednak wrażenie malowidło wywiera, gdy popatrzy się na nie z większej odległości – ze środka pomieszczenia. Geniusz malarza objawia się w niebywałym wprost wyczuciu perspektywy. Odpowiednio zbiegające się linie ścian, okien i drzwi sprawiają wrażenie, że ewangeliczna scena odbywa się tu i teraz, a przestrzeń, w której znajduje się stół, jest przedłużeniem refektarza, który kończy się daleko za plecami Jezusa i Jego uczniów.

 

Trudne zagadki i łatwe odpowiedzi

Opowiadając o Ostatniej Wieczerzy, nie sposób nie wspomnieć o tajemnicach i ukrytych wiadomościach zapisanych w dziele. Do powstania licznych legend przyczynił się zresztą sam Leonardo, który – wiemy to z pewnością – uwielbiał zagadki i rebusy. Sam też kreował się na artystę pełnego zagadek i tajemnic. Nie bez przyczyny zatem obrazowi przypisuje się dziś mnóstwo ukrytych znaczeń.

 

Pewien muzyk i matematyk w jednej osobie odszukał ukryty zapis melodii krótkiego requiem. Ktoś inny dopatrzył się podobieństw między Chrystusem a Tomaszem – przypuszczając, że Leonardo tak zinterpretował jeden z apokryfów mówiących o tym, że Tomasz był bratem bliźniakiem Zbawiciela. Niedorzeczność owych tajemnic obala nauka lub zdrowy rozsądek. Tak było w przypadku słynnej dodatkowej ręki z nożem skierowanym w stronę apostoła Bartłomieja. Po ostatniej konserwacji, widać wyraźnie że nie jest to tajemnicza ręka, należąca do nie wiadomo kogo – tylko ręka Piotra, który podparł się nią, wstając od stołu.

 

Najgłośniej o Ostatniej Wieczerzy zrobiło się przy okazji publikacji powieści Dana Browna, która w tym dziele widziała ukryty kod wyjawiający najdziwniejsze i niedorzeczne wręcz teorie na temat świata. Autor Kodu da Vinci zwrócił uwagę na fakt, że postać świętego Jana, siedzącego po prawej stronie Jezusa, ma szaty w kolorach odwrotnych od szat Chrystusa, a w dodatku ułożona jest w takiej pozie, że gdyby Jan jakimś cudownym sposobem znalazł się po drugiej stronie swojego Mistrza – miałby głowę wspartą na jego ramieniu. Ta „wnikliwa obserwacja” wystarczyła, by uznać, że święty Jan jest Marią Magdaleną. Teoria łatwa do obalenia choćby dlatego, że skoro postacią tą miała być Magdalena, to gdzie podziałby się Jan – który, jak wiemy z Ewangelii, był jedną z kluczowych postaci wyobrażonej sceny.

 

Nie warto rozwodzić się nad niedorzecznymi teoriami. W malowidle znajdujemy wystarczająco dużo widocznych gołym okiem przejawów zarówno geniuszu artysty, jak i wielkiej tajemnicy – Tajemnicy Zbawienia. I naprawdę szkoda czasu na doszukiwanie się ukrytych kodów czy ogólnoświatowych spisków. A jeszcze większa szkoda, że populistyczna interpretacja i spiskowa teoria spowodowały, że wiele osób, patrząc na to arcydzieło, doszukuje się ukrytych znaczeń, nie zauważając talentu artysty i piękna przedstawionej sceny.

 

Naprawdę warto pojechać do Mediolanu choćby tylko po to, by odwiedzić refektarz przy kościele Santa Maria delle Grazie.

 

Adam Dworakowski – z wykształcenia historyk kultury, z zamiłowania podróżnik, kucharz, koneser dobrych serów i rocznikowych win. Zafascynowany kulturą kulinarną Polski i Europy.

 

 

ARTYKUŁ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 51. NUMERZE MAGAZYNU POLONIA CHRISTIANA

 

 

zamów e-wydanie   zamów wydanie papierowe
 
 
 
 
 
 
drukuj
 
 
 

KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
wyślij opinie